poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Koniec wakacji



Zawsze mam dylemat, na którym blogu pisać notkę dotyczącą wszystkich i jak skłonić tych, którzy czytają tylko jeden, żeby jednak przeczytali tę notkę ;p.

Zaraz skończy się mój przedostatni dzień wolności, w środę wracam do szkoły, a że pewnie wiele się w ciągu roku szkolnego zmieni, to wolę to tutaj napisać i Was oraz siebie jakoś na to przygotować ;D.

A także wyjaśnić i podsumować to, co robiłam przez te wakacje. Swoją drogą mam wrażenie, że zrobiłam bardzo niewiele ;/.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

20. ~ "Raz na zawsze"



Zapewne zastanawiacie, co robiłem przez resztę piątku i połowę soboty.
Nie powiem Wam.
Ale możecie zgadywać. 
Podpowiedź numer jeden – to, co lubię robić najbardziej.
Podpowiedź numer dwa – w tej chwili również to robię.
A przynajmniej robiłem, dopóki nie usłyszałem dzwonka tej przeklętej komórki. Przerywam jednak całowanie jej szyi dopiero wtedy, kiedy się odzywa:
– To mój.
Wzdycham głośno i podnoszę się na rękach. Następnie sięgam na stolik nocny po jej telefon. Zerkam na wyświetlacz i odczytuję imię Colton'a. Naprawdę musi dzwonić akurat w chwili, w której posuwam jego narzeczoną? Przywaliłbym mu.
– Nikt ważny – mówię.
Wyciszam komórkę, po czym ją odkładam na stolik i wracam do całowania szatynki.
Dosłownie chwilę później, słyszę kolejny dzwonek. Ponownie się odrywam.
– Cholera, przecież to wyciszyłem.
– To twój – odpowiada, po czym się śmieje.
Ponownie sięgam na stolik nocny, tym razem zabieram swoją komórkę. Kiedy widzę imię Diego na wyświetlaczu, mam ochotę odrzucić połączenie, ale stwierdzam, że wolę go spławić za pierwszym razem.
Przykładam słuchawkę do ucha.
– Halo?
– Ej, to nie fair – odzywa się szatynka, a ja od razu zakrywam jej usta ręką.
Właśnie oficjalnie nie żyję.
– Jesteś z kimś?
Cofam to. Nie przewidziałem tego, że mój kumpel jest aż takim idiotą, żeby nie rozpoznać własnej siostry przez telefon.
– Eee... może? – odpowiadam.
– Gdzie jesteś? Nie ma cię w mieszkaniu.
– Ja? – Rozglądam się wokół. – Nie wiem.
– Jesteś pijany?
Nie, tak sobie tylko leżę na twojej nagiej siostrze.
– Czego chcesz? – zmieniam temat.
– Narty w święta? – proponuje.
Zastanowienie się zajmuje mi chwilę.
– Zarezerwuj hotel – oznajmiam, po czym się rozłączam.
Widzicie? Myślicie, że Violetta tak szybko spławiłaby tamtego palanta?
Zdejmuję rękę z jej ust, a ona zaczyna się śmiać.
Myślicie, że zareagowałaby tak samo jeszcze jakiś miesiąc temu?
Stworzyłem potwora.
Ale pomartwię się tym później. Teraz dołączam do niej, a potem mam w planach sprawić, żeby na jakiś czas miała problem z chodzeniem.

– Kakao.
Odwracam się do szatynki i widzę, że stoi za kanapą trzymając dwa kubki. Jeden podaje mi. Biorę go i marszczę brwi.
– Kakao? – pytam, kiedy zajmuje miejsce obok mnie.
– Kakao – potwierdza i bierze łyka, po czym odkłada kubek na stolik. Odwraca się w moją stronę i patrzy wyczekująco.
– Ile mamy lat? Siedem?
Prycha.
– Przepraszam, zapomniałam, że fakt, iż wczoraj postarzałeś się o rok, daje ci prawo do wywyższania się i gardzenia kakao. Jaki masz z tym problem? 
Unoszę brew.
– Nie mamy kawy, a najbliższy sklep, jak pewnie wiesz, jest trzy kilometry stąd – przyznaje.
Spoglądam na kubek, po czym wzdycham.
– Twoje zdrowie – mówię i biorę łyka, a następnie również odkładam kubek na stolik.
Podnoszę wzrok i napotykam na spojrzenie szatynki.
– No co?
– Dlaczego nie świętujesz swoich urodzin?
Dlaczego ludzie zawsze o to pytają? Czy to takie dziwne, że mam na głowie ciekawsze rzeczy do roboty, niż świętowanie dnia, w którym się urodziłem? Nie uważacie, że to trąci arogancją?
Chociaż jakby tak na to spojrzeć z drugiej strony... Co oznacza świętowanie? Może mam sam sobie zrobić przyjęcie, poświęcić czas i pieniądze na to, żeby moi znajomi przyszli i się dobrze bawili? Rzeczywiście mieliby powód do świętowania – to, że znają takiego kretyna.
Świętuję urodziny Teddy, bo ją kocham i kocham dzień, w którym się pojawiła. Ale przecież nie będę zacieszał z tego, że istnieję. Zostawię to Wam.
– Nie widzę w tym żadnego sensu – odpowiadam. Przez chwilę przygląda mi się w milczeniu. – Co?
Wzrusza ramionami.
– Po prostu zastanawiam się, skąd Diego cię wytrzasnął.
Śmieję się i obejmuję ją, kiedy opiera głowę o mój tors.
– Opowiedz mi o swojej pracy – prosi. – Albo o Teddy.
– Czemu chcesz o tym słuchać?
– Bo lubię jak mówisz o czymś, co kochasz.
Przez chwilę myślę nad tym, aż nagle uświadamiam sobie, że nie mam pojęcia, jako kto pracuje szatynka.
– Opowiedz mi o swojej – odpowiadam.
– Nie mam pracy – mówi, jeżdżąc dłonią po moim torsie.
– Opowiedz o tej, którą miałaś, zanim się przeprowadziłaś.
Wzdycha głośno.
– Byłam przedszkolanką – oznajmia, po czym podnosi głowę, aby zobaczyć moją reakcję.
Uśmiecham się.
– Mogłem się tego spodziewać.
– Owszem. – Ponownie opiera głowę o mój tors. – Chciałam pracować w domu dziecka, ale Colton zawsze mi tego odradzał. Uważał, że to wymaga zbyt wiele czasu i poświęcenia.
Tego również mogłem się spodziewać. Zostawiam jedna tę uwagę dla siebie. Myślę, że Castillo dobrze wie, iż jej narzeczony to samolubny dupek – po prostu wmawia sobie, co innego.

– Kiedy przyjedziesz? – pyta Teddy, kiedy rozmawiam z nią przez telefon. Przez chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią. Nie krytykujcie mnie za to, co za chwilę powiem – to był pomysł Fran.
– Nie mogę przyjeżdżać do ciebie, bo... – Przerywam, aby przypomnieć sobie jego imię. Po chwili, zakrywam ręką mikrofon i odsuwam słuchawkę. – Violetta? – zwracam się do szatynki, która właśnie robi sobie kanapkę w kuchni. – Jak ma na imię Pajac od Lary?
Marszczy brwi.
– Chodzi ci o Bena?
Ponownie przykładam słuchawkę do ucha,
– Ben! On mi nie pozwala – odpowiadam.
Nie patrzcie tak. Jeszcze będziecie mnie podziwiać, kiedy w końcu pozbędę się tego kretyna. 
– Dlaczego ci nie pozwala?
– Nie lubi mnie. Ciebie pewnie też nie, skoro nie chce, żebyś się ze mną widywała.
– Ja też go nie lubię – mówi Teddy stanowczo. Wiedziałem, ze mogę na nią liczyć.
– Tak trzymaj.
Szatynka podnosi na chwilę głowę, ale pozostawia tę rozmowę bez komentarza. Z kanapy mam idealny widok na kuchnię, a tym samym tyłek Castillo. To znaczy... Nie będę Wam ściemniać. Znacie mnie – wiecie, że dokładnie to miałem na myśli. Jej tyłek ubrany w obcisłe dżinsy.
Czy powinienem myśleć o tym w chwili, w której rozmawiam przez telefon z siedmioletnim dzieckiem?
Po chwili dociera do mnie, co właśnie robię. Spędzam weekend z zajęta siostrą kumpla. Spędzam weekend z kobietą. Spędziliśmy razem dwa dni, kiedy normalnie spędzam z jedną nie dłużej niż kilka godzin. I to w nocy. Cholera, wczoraj zjadłem z nią trzy posiłki. Grałem z nią w szachy mimo, ze nie robiłem tego z żadną laską, odkąd skończyłem podstawówkę.
Francesca miała rację. Co ja, do cholery, robię?
Spędziłem swoje urodziny z jakąś laską. Byłem z nią przez ponad dobę i dopiero teraz zauważam problem. Ona zna imię faceta mojej kuzynki. Zna Teddy. Lubi słuchać o mojej pracy. O mnie. A mnie do tej pory to nie przeszkadzało.
Co ona ze mną zrobiła?
Kiedy czuję na sobie mój wzrok, podnosi głowę i uśmiecha się do mnie.
Muszę to skończyć. Natychmiast. Zanim wpakuję się w jeszcze większe gówno.
Cholera, czemu nie posłuchałem Fran?
Szatynka podchodzi do mnie i siada na kanapie.
– Teddy, pogadamy później – rzucam i rozłączam się.
Castillo uśmiecha się, po czym przysuwa się i mnie całuje. Z początku oddaję pocałunek, ale kiedy się odrywa, patrzę na nią poważnie.
– Musimy to skończyć – odpowiadam.
– Co skończyć? – Patrzy na mnie zdezorientowana.
Kręcę głową.
– To zaszło za daleko. Powinniśmy z tym skończyć. Raz na zawsze.
Nazwijcie to jak chcecie – paniką, tchórzostwem. Zakończę to, póki mogę. Nie mogę się wpakować w takie gówno.
Już otwiera usta, żeby mi odpowiedzieć, kiedy słyszymy pukanie do drzwi. Oboje spoglądamy zaskoczeni w tym kierunku.
– Violetta, to ja, Colton.

~*~

Oto najkrótszy rozdział w historii tego bloga. No i najgorszy przy okazji też. A co tam - po co się ograniczać ;D.
Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko to, że piszę to coś od ponad tygodnia. Miałam jakąś blokadę. I to nawet nie wina braku pomysłów, bo mam szczegółowo zaplanowane rozdziały do 23. Dalej też mam pomysły, ale muszę przysiąść i pomyśleć nad szczegółami. Po prostu nie mogłam niczego ubrać w słowa. Zrobiłam sobie przerwę od bloggera na jakieś trzy dni i dopiero dzisiaj się zebrałam, żeby to napisać. Dlatego połowa tego czegoś została napisana wtedy, kiedy złożenie jednego zdania zajmowało mi kilka minut.
Mogę jedynie przeprosić i obiecać, że postaram się aby next był dłuższy, lepszy i szybciej napisany ;/.

Do następnego ;)

Quinn ;*

PS
Jesus, to jest straszne XDDD.

czwartek, 28 lipca 2016

19. ~ Rozbierane szachy



– Zanim cokolwiek powiesz.. – zaczynam, wchodząc do swojej sypialni i zamykając za sobą drzwi. Właściwie to nie zaplanowałem tego zdania, więc zastanowienie się nad jego końcem zajmuje mi chwilę. – Widziałaś jej cycki?
Francesca zakłada ręce na piersi i patrzy na mnie poważnie. Najwyraźniej nie ma nastroju na żarty.
To, co teraz powiem będzie straszne i z pewnością nikomu tego nie powtórzę (możecie czuć się wyjątkowe), ale po tym, jak poznałem podejrzenia Violetty, nieswojo się czuję przebywając z wkurzoną Francescą w mojej sypialni. Myśl, że Teddy i Castillo siedzą za ścianą, uspokaja mnie.
– Teddy mówi, że jesteś jej narzeczonym!
– Naczonym – poprawiam ją. – Teddy nawet nie wie, co to znaczy.
– Obiecałeś mi – mówi stanowczo.
Ja? Obiecałem? Któraś z Was coś takiego pamięta?
– Nie obiecałem – odpowiadam. – Kiwnąłem głową, to nie zalicza się jako obietnica. Skąd wiesz, że nie obserwowałem muchy albo nie rozciągałem szyi?
Moja zgoda była wynikiem chwili paniki, ale niczego nie obiecywałem, okej? Nic takiego nie wyszło z moich ust. I kto tu wygrywa? Fuck yeah!
Włoszka wzdycha głośno, po czym opada na wciąż niepościelone łóżko. Krzywi się, po czym siada i przykłada poduszkę do twarzy.
– To pachnie kobietą – oznajmia oskarżycielsko.
Wyciągam rękę i łapię poduszkę, kiedy nią rzuca. Następnie również ją wącham, chociaż dobrze znam ten zapach.
– Prawda, że Violetta zajebiście pachnie?
Ze zdziwienia Fran otwiera usta. Mam ochotę się zaśmiać, ale obawiam się, że to będzie nie na miejscu.
– Leon!
– No co?! Mogłaś się położyć po drugiej stronie łóżka!
Kiedy brunetka wącha drugą poduszkę, okazuje się, że tylko pogorszyłem sprawę.
– Ma swoją stronę łóżka?! Leon, nawet ja jej nie miałam!
Francesca nigdy nie mówiła, że by chciała. Przecież to niespecjalnie. Po prostu zawsze kładziemy się w tych samych miejscach. Violetta spała po tej stronie jeszcze, zanim się ze sobą przespaliśmy i tak już zostało. Wielkie mi halo.
– Ona i Diego nie są nawet spokrewnieni! – odpowiadam obronnym tonem.
– I to daje ci prawo do okłamywania kumpla?
Wzdycham głośno. To życie Violetty – przecież nie porwałem jej i nie zamknąłem w piwnicy. To ona podjęła decyzję, a jej bratu nic do tego. Francesca to wyolbrzymia i z pewnością Diego zrobiłby to samo.
Może być ograniczana i poniżana przez własnego narzeczonego, ale to kiedy dobrze się bawi ze mną, jest afera.
– Fran, nie wtrącaj się – mówię w końcu. Jestem dorosły. Oboje jesteśmy dorośli. Potrafimy sami decydować o tym, co i z kim robimy.
Włoszka kręci głową rozczarowana, po czym wstaje i podchodzi do drzwi. Zanim wychodzi, pytam:
– Nie powiesz nic Diego, prawda?
Przez chwilę patrzy na mnie w zamyśleniu.
– Nie. Ale nienawidzę tego, że zmuszasz mnie do kłamstwa.
Odwraca się i wychodzi.
– Fran, chciałaś mi coś powiedzieć.
Zatrzymuje się, ale nie odwraca.
– Już nieaktualne.
Następnie opuszcza mieszkanie, trzaskając drzwiami.
Coś mi mówi, że tym razem pogodzenie się z nią będzie trudniejsze niż zwykle.

Leżę na brzuchu i śpię, obejmując poduszkę, kiedy słyszę, że ktoś wchodzi do mieszkania. Nie, żeby mnie to ruszało. Po tygodniu spędzonym poza domem, jedyne na co mam ochotę to sen. Mogą sobie wchodzić i mnie okradać czy tam mordować – zwisa mi to.
Kiedy tylko złodziej aka morderca aka nieproszony gość wchodzi do pokoju, wiem kto to. Szatynka siada okrakiem na moim tyłku i pochyla się do mojego ucha tak, że teraz praktycznie leży na moich plecach. Jestem pewien, że uda mi się ją zignorować, aż do chwili, w której całuje miejsce za moim uchem. Wtedy się poddaję.
Wygrałaś, Castillo.
Otwieram oczy i poruszam się, dzięki czemu wie, że już nie śpię.
– Nie zamykasz drzwi – szepcze do mojego ucha.
– Myślałem, że mam je zamykać tylko wtedy, kiedy jesteś ze mną w środku.
Śmieje się cicho.
– Małe kroki – komentuje.
Ponownie zamykam oczy, kiedy zaczyna całować mój kark. Następnie ponownie wraca do miejsca za moim uchem i szepcze:
– Wszystkiego najlepszego.
Te dwa słowa mnie rozbudzają. Podnosi się, a ja w tym czasie przekręcam się na plecy. Wciąż siedzi na mnie okrakiem, ale teraz jesteśmy zwróceni do siebie twarzami.
– Skąd o tym wiesz? – pytam zdezorientowany. Czy ja wciąż śpię?
Uśmiecha się do mnie.
– Diego wspominał – odpowiada, po czym pochyla się tak, że znowu leży, a nasze nosy prawie się stykają. – Mówił też, że nigdy nie świętujesz swoich urodzin, a ja posprawdzałam to i owo, więc wiem, że w ten weekend nie pracujesz.
Nie wiem do czego zmierza, ale zaczynam się cholernie bać.
– Nie wiedziałam, co mogłabym ci kupić, więc pomyślałam o wspólnym weekendzie.
Czy Wam też zapaliła się czerwona lampka? Co ona kombinuje?
Kręcę głową.
– Nie świętuję. Nigdy i w żaden sposób – mówię stanowczo. Przekroczyłem już zbyt wiele granic.
Wydyma usta.
– To nie świętowanie – upiera się. – Tylko wspólny weekend. W małym domku na zadupiu, całkiem sami. A mówiąc "całkiem sami" mam na myśli również to, że ubrania nie mają zaproszenia. – Okej, tu mnie prawie złamała. – Poza tym spakowałam się i powiedziałam Colton'owi, że jadę tam z Ludmiłą na babski weekend. Jeśli odmówisz, będę musiała tam jechać sama. Chcesz wysłać mnie samą na kompletne zadupie? Gdzieś, gdzie nikt nie będzie słyszał wołania o pomoc?
Nie złamię się.
Ale... spójrzcie w te oczy. Nie potrafię im odmawiać.
– Bez ubrań, mówisz?
Kiwa głową, po czym delikatnie mnie całuje.
– Bielizna? – pytam.
– Jak mówię sami, mam na myśli sami – odpowiada i powtarza poprzedni gest.
Wzdycham głośno.
– Daj mi wziąć prysznic.
Spłonę w piekle.

Wiecie, jak jest w pieprzonym, niezamieszkanym, małym domku przy jeziorze w środku grudnia? Zimno. Cholernie zimno. Wiecie co to oznacza? Owszem, zaproszenia na wspólny weekend dostały również swetry i koce, po które pojechaliśmy do sklepu – trzy kilometry stąd.
To nie mogło się udać.
– Przepraszam – mruczy szatynka, kiedy siedzimy razem na kanapie pod dwoma kocami. – Zepsułam ci urodziny.
Śmieję się. Nie potrafię jej traktować poważnie, kiedy ma na sobie niebieski sweter z przytulającymi się pingwinem i niedźwiedziem polarnym. Obejmuję ją ramieniem i przyciągam do siebie, a ona od razu opiera głowę o mój tors.
– Skąd wytrzasnęłaś ten domek?
– Jest rodziców Diego – mówi. – Przyjeżdżaliśmy tu kiedyś na wakacje, ale ostatnim razem byliśmy tu wieki temu. Diego miał wtedy z osiemnaście lat. Jego rodzice czasem przyjeżdżają tutaj i sprzątają, a także wynajmują ten domek w okresie letnim.
Kiwam głową.
– Dlaczego zawsze nazywasz ich "rodzicami Diego"?
Wzrusza ramionami.
– Nie wiem. Dlaczego ty zawsze nazywasz dziadków Teddy "rodzicami Lary"?
– To nie to samo.
Violetta wychowała się u rodziców Diego, ja mieszkałem z Evą i Mason'em zaledwie cztery lata. W dodatku wzięli mnie z poczucia obowiązku, a Violettę z wyboru. To znaczące różnice.
– Zagrajmy w coś – zmienia temat.
– Chcesz w coś grać? – śmieję się.
– Tak, zagrajmy w szachy.
Zastanawiam się przez chwilę nad tą propozycją.
– W rozbieranego pokera.
Podnosi głowę i patrzy na mnie z szerokim uśmiechem.
– Nie umiem grać w pokera.
– Tym lepiej.
Śmieje się, po czym żartobliwie mnie szturcha.
– Poza tym jest cholernie zimno – dodaje.
– Właśnie dlatego będzie zabawniej.

Poszliśmy na kompromis. Gramy więc w rozbierane szachy. Jeśli ciekawią Was zasady tej niezwykłej gry, już wyjaśniam. Gramy w szachy, a za każdym razem, kiedy tracimy figurę bądź pionka ściągamy jedną część naszej garderoby, których jest sporo, bo jest tu cholernie zimo.
Jako dziecko grałem w szachy. Jeździłem na turnieje i byłem pieprzonym mistrzem. Później, jako nastolatek ograniczyłem granie, a potem całkiem przestałem. Mimo to, myślałem, że z szachami jest jak z jazdą na rowerze. Nie rozumiem więc, jakim cudem, do cholery, mam na sobie mniej ubrań niż Violetta.
Zostały mi tylko dżinsy i bokserki, podczas gdy szatynka ubrana jest w dżinsy, biały podkoszulek (który swoją drogą świetnie uwydatnia jej piersi) i swoją bieliznę. Serio, ma nawet skarpetki. JAK?!
Castillo wykonuje ruch.
Wspominałem, że mam na sobie spodnie? To już nieaktualne.
Patrzy na mnie i próbuje powstrzymać uśmiech, ale jej to nie wychodzi.
Słuchajcie teraz uważnie, bo wujek Leon da Wam radę, jakiej nie usłyszycie od żadnego nauczyciela szachów. Co robić, kiedy przegrywasz? Oszukuj.
Nie mówcie, że myślałyście, iż jestem mistrzem, bo całe dnie spędzałem przy szachownicy. Naiwniacy.
Rozglądam się po pomieszczeniu, w którym jesteśmy. Jest to kuchnia połączona z niewielką jadalnią. Siedzimy przy stole, który stoi w samym centrum pomieszczenia.
– Ładnie tu – mówię.
Opiera podbródek na złączonych dłoniach i wpatruje się we mnie.
– Twój ruch.
Patrzę na okno za nią.
– Czy to śnieg?
Uśmiecha się szeroko.
– Czyżbyś bał się, że przegrasz?
Przejrzała mnie.
Prycham.
– Gdybym chciał wygrać, to nie dawałbym ci forów.
Jestem żałosny.
– Forów?
– Forów.
Zagryza dolną wargę, próbując powstrzymać śmiech.
– Podejdź na chwilę – proszę.
Unosi brew, ale po chwili zastanowienia, wstaje i podchodzi, wpatrując się we mnie i jednocześnie zerkając na szachownicę. Kiedy jest już dostateczne blisko, odsuwam swoje krzesło i biorę ją za rękę, po czym prowadzę tak, aby stanęła tuż przede mną. Następnie unoszę prawą rękę i przesuwam nią po stole, zrzucając szachownicę. Szatynka otwiera szeroko oczy, ale widzę w nich błysk rozbawienia.
– To była najbardziej dziecinna rzecz, jaką mogłeś zrobić – komentuje i zaczyna się śmiać.
– Chyba zbiłem ci parę pionków – zauważam, po czym sadzam ją na stole i wstaję ze swojego krzesła. Staję pomiędzy jej nogami, a ona kładzie dłonie na moich ramionach. Pochylam się i całuje ją, a następnie zabieram się do pozbywania się kolejnych części jej garderoby.
Zasady to zasady. Przecież nie ja je wymyślałem.

~*~

Krótko i nudno, ale u mnie rzadko bywa inaczej, więc zostawię tłumaczenie się na kiedy indziej ;D.
Ten rozdział i tak miał być inny, ale zasnęlibyście, więc dałam urodziny Leona już tutaj ;D. Mam pomysły i wenę na następne rozdziały, więc mogę Wam obiecać, że będę się starała, aby było ciekawiej ;p.
Przynajmniej jest Leonetta ;pp. Ogólnie doszłam do wniosku ostatnio, że np. w poprzednim opowiadaniu na tym blogu, cała akcja prowadziła do tego, aby Leonetta została parą i kiedy już się tak stało, zakończyłam opowiadanie. Tutaj z kolei Leonetta już jest razem i akcja skupia się bardziej na ukrywaniu tego przed innymi, uprzedzeniach Leona itd. Podsumowując - nie mam pojęcia, jak i kiedy to opowiadanie się skończy ;DD. Za jakieś ponad dziesięć rozdziałów zdarzy się też coś, co znacząco wpłynie na fabułę i będzie takim, jakby... nowym wątkiem? Ale końca nie widać ;D. Nie wiem czy to dobrze, czy źle ;D. Sami oceńcie.
Mam nadzieję, że jeszcze nie zasnęliście i czekam na Wasze opinie ;*

Do następnego ;))

Quinn <3