niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział XXV ~ "Poznajcie moją narzeczoną"



Otworzyła lekko oczy i poczuła na swoim karku czyjeś usta. Uśmiechnęła się na samą myśl o tym, do kogo one należą. Spojrzała jeszcze raz na pierścionek widniejący na jej palcu serdecznym i odwróciła się w stronę szatyna.
Bez słowa uśmiechnął się i musnął jej wargi swoimi. Przekręciła się na plecy, żeby było jej wygodniej, a dłoń położyła na policzku Verdasu.
Po oderwaniu się przez chwilę mu się przyglądała, po czym oznajmiła cicho:
– Wczoraj nie było okazji do rozmowy, ale chcę, żebyś wiedział, że kocham cię za to, że przyjechałeś.
Skomentował jej wypowiedź lekkim uśmiechem i ponownie złączył ich usta w delikatnym pocałunku.
Teraz miało być tak już codziennie. Mieli razem mieszkać, budzić się obok siebie i spędzać wspólnie wieczory. W chwili, w której usłyszała jego słowa, wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Wybrał chyba najlepszy sposób na pokazanie jej, że ją kocha i że będzie o nią walczył.
Mimo, że właśnie tego oczekiwała dwa lata temu, w ciągu ostatnich dni nie przyszło jej do głowy, że wciąż na to czekała. Najwyraźniej Leon znał ją lepiej niż ona – i to właśnie to wywoływało u niej jeszcze więcej szczęścia.
Leżała teraz z Leonem Verdasem, nie martwiąc się niczym, co dzieje się wokół. Na jej palcu widniał pierścionek oznaczający, że wkrótce się pobiorą, a w głowie miała obraz idealnego życia z nim. Życia, które w tej chwili było jak najbardziej możliwe.
Po chwili szatyn pogłębił pocałunek – wiedziała, że to oznacza powtórkę z wczoraj i wprost nie mogła się tego doczekać. 
Nagle usłyszała pukanie do drzwi.
– Śniadanie za pół godziny – usłyszała głos swojej cioci. – Zostawcie sobie lizanki na później.
Dopiero kiedy słychać było, że odeszła, oderwali się od siebie, po czym zaśmiali się jak najciszej.
– Nie znam jej, ale wydaje się bardzo ciekawą kobietą – oznajmił Leon, przewracając się na plecy.
– Dlaczego?
– Cóż… Powodów jest wiele, ale myślę, że najbardziej znaczącym jest to, że jeździ podobnym samochodem do tego, którym moja babcia pojechała na studniówkę i najwyraźniej uwielbia zasypywać swój dom kiczowatymi ozdobami.
Zaśmiała się, po czym podniosła się do pozycji siedzącej.
– Jest podobna do mojej mamy – powiedziała, uśmiechając się lekko. – Uwielbia starą, dobrą klasykę i kocha chomikować „znaczące” coś dla niej przedmioty.

– Wiecie, kiedy usłyszałam hałas, myślałam, że ktoś się włamał – mówiła Monica, siadając przy kuchennym stole. – Byłam naprawdę przerażona, bo – nie oszukujmy się – mieszkam na takim zadupiu, że jacyś ludzie są dwa kilometry stąd, a ani ja, ani Violetta nigdy nie potrafiłyśmy się bić. Wyszłam więc z łazienki w samym szlafroku i suszarką, która miała służyć mi za broń. I wiecie co na dole zastałam? Po pierwsze: otwarte drzwi, przez które na dole było cholernie zimno – wspominałam, że miałam na sobie tylko szlafrok? – i czerwone pudełeczko na podłodze. Puste. I wtedy wszystko stało się jasne – chłopak Violi przyszedł i się jej oświadczył, a ona była pełna wątpliwości, więc postanowiła pokazać mu swoją sypialnię i w międzyczasie się zastanowić. – Pochyliła się w stronę szatynki. – Swoją drogą, gdybym wiedziała, że TAK wygląda i jeździ TAKIM samochodem, nie pozwoliłabym ci wyjechać dwa lata temu.
Castillo wiedziała, że jej ciotka żartowała. Była ostatnią osobą, której zależałoby na wyglądzie czy kasie. Dostrzegła jednak, że naprawdę polubiła Verdasa, co napawało ją szczęściem. Było to tak, jakby dostała błogosławieństwo od swoich rodziców. Przez ostatnie lata wciąż zastanawiała się, czy byliby dumni, a gdy widzi taką Monicę, wie że owszem. 
Kobieta wstała od stołu i zajęła się sprzątaniem blatu kuchennego, a szatynka skupiła swoją uwagę na kubku gorącej kawy.
– Wiecie, że cieszę się waszym szczęściem i tak dalej, ale chciałabym tylko wiedzieć czy zamieszkacie na innym kontynencie, czy może przestaniecie się ukrywać.
– Jutro pojedziemy na rocznicowe śniadanie moich rodziców i tam przedstawię im moją narzeczoną. Dzisiaj natomiast Violetta się do mnie wprowadzi, co oznacza, że niestety muszę ci ją zabrać jeszcze dzisiaj. Właściwie to zaraz.
Castillo zaczęła się krztusić kawą po usłyszeniu jego słów, ale jedyną oznaką zainteresowania nią, było to, że zaczął lekko klepać ją po plecach.
– Żartujesz? Gdyby nie ty, zapewne w ogóle by tu nie przyjechała. Dostałam swoje parę dni dzięki tobie, więc teraz możesz sobie ją zabrać i robić z nią, co tylko chcesz – skomentowała Monica. – Proszę tylko, nie przetrzymuj jej w piwnicy, bo zrobisz jej traumę.
Zaśmiał się, jak gdyby nigdy nic. Jakby wcale przed chwilą nie oznajmił, że zamierza przedstawić ją jego rodzicom. Po trzech latach. Tak po prostu.
– Nie! – krzyknęła, zwracając na siebie ich uwagę. – Nie możesz tak po prostu tego zrobić! Czemu nikt nie zapytał mnie o zdanie? Wiesz, właściwie to nie zgodziłam się za ciebie wyjść. A wiesz dlaczego? Bo nawet nie zapytałeś! Nie możesz sobie przychodzić i kazać mi być z tobą i poznawać twoich rodziców.
Kiedy skończyła swoją wypowiedź, ujrzała zdziwione twarze ciotki i Leona. Owszem, cały czas właśnie tego oczekiwała od Verdasa, ale nie zmienia to tego, że nawet nie zapytał jej o zdanie. Jej poglądy mogły się zmienić w ciągu tych kilku dni.
Złapał ją za rękę.
– Kochanie, czy wyjdziesz za mnie, wprowadzisz się do mnie i zechcesz zobaczyć się z moimi rodzicami? – zapytał, całując jej dłoń.
Spojrzała na niego i po chwili kiwnęła lekko głową.
Tak, teraz nie miała się czego czepiać. Oznaczało to, że będzie musiała ponownie zobaczyć jego rodziców. Nie chciała mówić o tym Leonowi, ale cholernie zaczęła się tego bać.

– Ile można mieć ciuchów? – spytał, wnosząc do sypialni kolejne pudło.
– Wiesz, na twoim miejscu bym tak nie narzekała – oznajmiła, pokazując mu stanik kobiety z o wiele większymi piersiami niż jej, który znalazła na dnie jego szafy. – Był cały okurzony i leżał pod stertą różnych ubrań, których z pewnością nie nosiłeś przez długi czas. Uznam więc, że kiedy od ciebie odeszłam próbowałeś zastąpić mnie kobietami, które miały inne atuty, ale poniosłeś sromotną klęskę, bo mnie NIE DA SIĘ zastąpić. Bo kochasz mnie najbardziej na świecie i jeśli, kiedyś umrę, popełnisz samobójstwo, bo dotrze do ciebie, że nigdy nikogo nie będziesz tak kochał.
Podeszła do okna, które otworzyła, i pozbyła się biustonosza. 
– Tak było, kochanie – zgodził się z nią i spróbował ją do siebie przyciągnąć.
– E! – Wróciła do porządków w szafie. – Nie zmienia to faktu, że to, co zobaczyłam będzie trudno wymazać z pamięci i jestem na ciebie zła, bo powinieneś pozbyć się takich rzeczy.
Na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech, kiedy podszedł do niej, objął ją od tyłu i oparł podbródek o jej ramię. 
– Pocieszę cię, jeśli powiem, że zanim się z tobą przespałem, byłem prawiczkiem?
Chciała to powstrzymać, ale zabrakło jej umiejętności. Wybuchła więc śmiechem.
– Chyba emocjonalnym.
Pocałował ją w miejsce nad obojczykiem.
Odwróciła się do niego i spojrzała na niego poważnie.
– Może nie idźmy do twoich rodziców.
Zmarszczył brwi wyraźnie zszokowany jej słowami.
– To jest ich rocznica, nie chcę im psuć tego dnia. Poza tym… boję się, że stanę się przyczyną jakiegoś konfliktu. Nie mam rodziców i wiem, że bez nich bywa naprawdę trudno, a znienawidziłabym się, gdybyś także musiał tego doświadczać.
Objął jej twarz.
– Moi rodzice oczekują, że przyprowadzę im do domu narzeczoną, odkąd poszedłem do podstawówki. Teraz spełnię ich marzenia. Zapewniam cię, że jeśli dowiedzą się o tym, kiedy się poznaliśmy, nie będą wywoływać żadnych konfliktów. A nawet jeśli – wzruszył ramionami – mamy siebie, nie?
Kiwnęła lekko głową, a on pochylił się i złączył ich usta w namiętnym pocałunku.

W samochodzie czuła wewnętrzną potrzebę zdrapania lakieru z paznokci. Niestety – po wczorajszym wieczorze nie zostało na nich nawet resztki. Chciała krzyknąć na Leona, żeby jechał wolniej, ale ten po ostatniej „prośbie”, jechał czterdzieści na  godzinę – bardziej nie zwolni. 
Niebezpiecznie szybko zbliżali się do domu państwa Verdas, a ona z każdą minutą jazdy, miała coraz większą ochotę, wybiec z jadącego auta i uciec z powrotem do Londynu. Tylko tym razem może z Leonem. Tak, to byłby dobry pomysł.
– Leon…
– Nie wrócę do domu! – przerwał jej, zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej. Wzdrygnęła się. W tej chwili dotarło do niej, że nie odzywał się, bo w rzeczywistości denerwował się tak samo mocno, jak ona. Po prostu lepiej to ukrywał. – Przepraszam – powiedział spokojniej i złapał jej rękę, po czym pogładził ją kciukiem.
Po kilku minutach jazdy, wjechał na podjazd przed domem jego rodziców. Ujrzała samochód Diego, co oznaczało, że będzie świadkiem. Cholera, pomyślała. Nie mógłby wyjechać na parę lat do Europy i wrócić, jak już będzie miał żonę i dzieci?
Verdas wyszedł z samochodu, po czym go obszedł i otworzył drzwi od strony szatynki.
Złapał ją za rękę i zaprowadził do drzwi wejściowych. Nie umknęło jej, że trzyma jej dłoń o wiele za mocno, ale nic nie mówiła. Ona okazywała swoje zdenerwowanie, gadając jak popieprzona, a on w ten sposób.
Nie zapukał do drzwi. Po prostu wszedł i skierował się do ogrodu. Znajdował się tam już nakryty stół, przy którym siedzieli jego rodzice i brat. Kiedy tylko się pojawili, wzrok wszystkich skierował się w ich stronę.
Mama Leona uśmiechnęła się i wstała.
– Violu, Diego mówił, że nie przyjdziesz. – Zmarszczyła brwi, ale po chwili na jej twarzy pojawił się z powrotem uśmiech. – Cieszę się, że jednak dotarłaś.
I nagle jej wzrok powędrował na ich złączone ręce. Otworzyła oczy i spojrzała na nich kompletnie oszołomiona. 
– Mamo, tato, Diego – zaczął szatyn. – Poznajcie moją narzeczoną.

~*~

Nicol pojawia się dosłownie kilka godzin przed rozpoczęciem szkoły nanananaa. Chciałam dodać ten rozdział jeszcze przed, bo możliwe, że wrócę z depresją albo w ogóle XD. 
No i tak – przez ten pośpiech, nie zrobiłam korekty, ale obiecuję, że jutro wszystko poprawię :*. Btw. nie czytałam tego rozdziału – to pewnie jest przyczyną dalszej głupiej części tego zdania – ale wydaje mi się okej.
Wiem – nie ma wspomnienia. Ale prawda jest taka, że nie mam jakiegoś superpomysłu, a jak mam to zrobić na odwal się to wolę dać sobie z tym spokój, więc nie będą się już pojawiały wspomnienia. Obiecuję jednak, że wynagrodzę Wam to w epilogu! ;>
Skoro już o tym mowa – wczoraj naprawdę dużo o nim myślałam i jeśli wszystko dobrze pójdzie, wyjdzie mi naprawdę super. Mogę Wam zdradzić, że będzie duży przeskok w czasie, ale wszystko wyjaśnię we wspomnieniach, których będzie kilka. Muszę jeszcze trochę dopracować pomysł i niedługo się za niego wezmę, żeby wyszedł jak najlepiej. 
Mogłabym tak jeszcze o nim gadać, ale wszystko zobaczycie sami, no i inne ważne informacje znajdą się pod nim ;).
To tyle ;p
Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał i czekam na Wasze opinie :D.

Do następnego ;*

Quinn ;P

niedziela, 9 sierpnia 2015

Rozdział XXIV ~ "Tęsknię za tobą"



– Dwa dni, Fran – powiedział, chodząc w kółko po pokoju. – Dwa pieprzone dni i zero znaku życia. Co ona sobie, do cholery, myśli?!
Usiadł na kanapie i oparł łokcie na kolanach.
– Nie mogę nic zrobić. Czuję się bezradny. Po co poszedłem wtedy do tego klubu i dlaczego ją zaczepiłem? Pomyślałem sobie: fajna laska. Tak! Taka fajna, że przez nią wariuję. Cholera, Fran!
Poczuł na swoich ramionach jej ręce. Włoszka pochyliła się i wyszeptała mu do ucha:
– To się nazywa związek, Leon.
Westchnął głośno. Teraz, kiedy w końcu przyznał sam przed sobą, że chce spędzić przyszłość z Violettą, rozłąka wydaje się jeszcze gorsza. W tej chwili nie mógł sobie wyobrazić, co by zrobił gdyby wyjechała znowu na dwa lata.
Pragnął do niej zadzwonić, ale nie mógł – obiecał jej, że będzie cierpliwie czekał. Gdyby mógł cofnąć czas, nie robiłby tego. Castillo jechała w nocy, całkiem sama, na kompletne zadupie, gdzie nikt nie usłyszałby jej krzyku. 
Na samą myśl o tym, że coś mogłoby się jej stać, zaciskał pięści. Żałował, że jej tam nie zawiózł. Wiedział, że pewnie by się nie zgodziła, ale w takiej sytuacji powinien awanturować się, aż w końcu postawiłby na swoim.
– Na filmach dziewczyna nie wyjeżdża, chcąc sobie przemyśleć, czy jest sens bycia z mężczyzną, akurat wtedy, kiedy wszystko zaczynało się układać.
Usłyszał westchnięcie Francesci.
– Nie masz może jakiejś melisy? – zapytała, po czym poszła do kuchni i zaczęła przeszukiwać szafki. – Policz do dziesięciu i powiedz w końcu, dlaczego wyjechała.
– Powiedziała, że musi się zastanowić czy na pewno tego chce – oznajmił. – Kocha mnie, ale nie wie, czy da radę wciąż się ukrywać. W końcu pewnie minie sporo czasu, zanim będziemy mogli o nas powiedzieć Diego albo moim rodzicom. Nie chciała powiedzieć, gdzie jedzie i zabroniła do siebie dzwonić. Obiecała, że jak podejmie decyzję, sama się ze mną skontaktuje. Ale milczy.
Brunetka, słuchając uważnie, wróciła i zajęła miejsce koło niego. Spojrzał na nią.
– Boję się, że będzie wolała znaleźć sobie kogoś innego niż czekać, aż będzie mogła być ze mną – powiedział. Nie lubił rozmawiać o swoich uczuciach – nawet z Francescą – więc to wyznanie sporo go kosztowało. Był zły na Violettę za to, co z nim robi. – Mam ochotę rzucić wszystko i do niej jechać.
Gdyby tylko mu nie zakazała, już byłby w drodze. Mogłaby wywalić do za drzwi, ale on wróciłby z myślą, że było warto. Bo upewnił się, że nic jej nie jest i zobaczył ją. Nawet jeśli byłoby to tylko kilka sekund.
– To to zrób – odpowiedziała.
Podniósł głowę i ze zdziwieniem odkrył, że jego przyjaciółka mówi na poważnie.
– Zwariowałaś? Zabroniła mi. Tak na pewno pomógłbym jej podjąć decyzję – oznajmił. Gdyby olał jej prośbę, nie miałby już po co na nią czekać.
– Nie. Widzisz? To robisz cały czas – powiedziała, wstając z kanapy. Zaczęła okrążać pokój, tak jak robił to wcześniej Verdas. – Dajesz jej wolną rękę. Pokazujesz, że wcale ci aż tak nie zależy. To właśnie dlatego wyjechała dwa lata temu! Bo nic nie robiłeś, a teraz powtarzasz swoje błędy. Siedzisz tu i czekasz, aż podejmie decyzję w ogóle jej w tym nie pomagając. Wiesz, co przez to robisz? – spytała i, zanim zdążył odpowiedzieć, kontynuowała: – Dajesz jej do zrozumienia, że powinna cię zostawić i znaleźć sobie kogoś innego. To właśnie tego oczekujemy! Faceta, który nie da nam czasu na przemyślenia, tylko pokaże, że go nie potrzebujemy; że decyzja jest prosta!
– To co mam według ciebie, do cholery, zrobić?! – podniósł  głos. Denerwowało go to, że Fran robiła mu wykłady, zanim łaskawie powiedzieć, czego od niego oczekuje.
– Żebyś rzucił wszystko i do niej pojechał! Powiedział, że ją kochasz i walczył o nią! A potem masz ją tu przywieźć i powiedzieć o was rodzicom; pokazać, że czeka ją z tobą przyszłość! Leon, błagam cię, nie spieprz tego znowu. Za drugim razem wymówka: Byłem młody i głupi, nie zadziała.
Wstał i skierował się do drzwi.
– Gdzie idziesz?
– Do Violetty – rzucił i opuścił mieszkanie.

Zaraz po wejściu do firmy, skierował się w stronę gabinetu swojego ojca. Zatrzymał się przy biurku Jocelyn i uklęknął przed jej krzesłem, żeby ich oczy były na tej samej wysokości.
– Gdzie pojechała Violetta?
Nie miał wątpliwości, co do tego, że Joss to wiedziała. Kiedyś mówiły sobie wszystko, a teraz – kiedy się pogodziły – pewnie wróciły do tego zwyczaju.
Westchnęła głośno.
– Nie, Leon.
Nie spodziewał się, że to będzie łatwe, ale marzył o tym, żeby wsiąść już do samochodu i jechać po Castillo. Wkurzało go, że ta, jeszcze przed wyjazdem, postanowiła mu to utrudnić.
– Obiecuję ci, że nie będziesz tego żałować.
– Pojechała do ciotki – oznajmiła. – Nic jej nie jest, rano z nią rozmawiałam.
Zmarszczył brwi.
– Ciotki?
Szatynka nigdy nie wspominała o żadnej rodzinie. Wiedział tylko, że siostra i rodzice nie żyją. Myślał, że nikogo poza nimi nie miała. 
– Przyjaciółka jej mamy – wyjaśniła.
– Adres.
Widział na jej twarzy wahanie. Spostrzegł, że jednocześnie chce mu go dać i pozostać wierną szatynce. 
Nagle ze swojego gabinetu wyszedł jego ojciec. Na widok swojego syna, stanął gwałtownie i podniósł brwi. Leon dzisiaj nie mógł się na niczym skupić, więc Verdas kazał mu jechać do domu i wrócić jutro, kiedy już będzie mniej rozkojarzony. 
– Nie przyjdę jutro do pracy – oznajmił szatyn, zanim jeszcze mężczyzna zdążył się odezwać.
– Mam nadzieję, że w niedzielę pojawisz się na śniadaniu.
W tę niedzielę wypadała rocznica ślubu jego rodziców. Małżeństwo zawsze chce spędzić ten dzień ze swoimi synami, więc spotykają się na wspólnym śniadaniu w ich posiadłości i jedzą w rodzinnej atmosferze. Ich matka zawsze ma nadzieję, że w przyszłym roku chociaż jeden z nich przyjdzie z żoną, ale póki co, jeszcze się tego nie doczekała.
– Będę – zapewnił go i po chwili zastanowienia dodał: – Przyjdę z dziewczyną.
Verdas w odpowiedzi, obrzucił go zdziwionym spojrzeniem.
– Jaką dziewczyną?
– Tą, którą miałem wam przedstawić dwa lata temu – rzucił i wrócił wzrokiem do Joss. – To jak z tym adresem?


* * *


Po kilku minutach wpatrywania się w numer szatyna postanowiła w końcu zadzwonić. Najwyżej odprawi ją, mówiąc że ma się z nim skontaktować, jak już podejmie decyzję. Co jej szkodziło?
Siedziała tu już od dwóch dni i nie myślała o niczym innym. Na samą myśl o tym, że przez kolejne miesiące miałaby się ukrywać i wrócić do takiego związku, w jakim byli dwa lata temu, chciało się jej płakać. Ale z drugiej strony, wizja życia bez Leona była równie straszna. 
Wciąż zadawała sobie pytanie, dlaczego tak to wszystko spieprzyli? Czemu nie mogli być jak reszta tych normalnych par i po prostu być ze sobą? Kochać się i czasem się sprzeczać, ale godzić się tak, by sobie to wszystko wynagrodzić i po wszystkim pomyśleć, że było warto.
Westchnęła głośno, po czym nacisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła komórkę do ucha. Już po dwóch sygnałach, usłyszała jego głos.
– Halo? Violetta, wszystko okej?
Przymknęła oczy i milczała przez dłuższą chwilę. Nie wiedziała, co mu powiedzieć. Wcześniej wydawało jej się to dużo łatwiejsze, a teraz czuła, że jest coraz dalej od podjęcia decyzji. 
– Violu?
– T-t-tak – odpowiedziała szybko. – J-ja tylko chciałam cię usłyszeć. Tęsknię za tobą.
– Ja za tobą też – zapewnił ją. – Niedługo się zobaczymy.
Nagle usłyszała dźwięk klaksonu.
– Leon, jedziesz teraz samochodem?
Wiedziała, że stanowczo za szybka jazda samochodem Verdasa i rozmowa przez telefon to złe połączenie. Już dwa lata temu mówiła mu, żeby albo przestał jeździć tak szybko, albo kupił specjalną słuchawkę – najwidoczniej do tej pory nie zdążył zastosować jej rady.
– Nie mogę teraz rozmawiać. Oddzwonię do ciebie później, dobrze?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozłączył się. Przez chwilę trzymała jeszcze telefon przy uchu, jakby miało to sprawić, że usłyszy jego głos ponownie, po czym w końcu go odłożyła i westchnęła głośno.
– Mogłam go zabrać ze sobą – powiedziała sama do siebie, choć dobrze wiedziała, że jego obecność ani trochę by jej nie pomogła.

– Długo będziesz jeszcze tak siedziała? – wyrwał ją z przemyśleń głos Monici. – Myślałam, że przyjechałaś tu odpocząć.
– Przyjechałam tu wszystko przemyśleć – poprawiła ją od razu. – I teraz właśnie to robię.
Monica usiadła przed nią przy kuchennym stole i westchnęła głośno.
– Pomogłabym ci, ale, jak pewnie wiesz, nie jestem specjalistką w kwestii związków.
Przyjaciółka jej mamy była zawsze bardzo miłą i pomocną kobietą. Jej jedyną wadą była słabość do nieodpowiednich mężczyzn. Zawsze coś ciągnęło ją do bad boy'ów i nieraz się na tym sparzyła. Jej ostatni chłopak wiele razy podniósł na nią rękę i kiedy w końcu – z pomocą rodziców szatynki – się od niego uwolniła, postanowiła, że od teraz będzie żyła sama.
I trwała w tym postanowieniu – już nigdy nikogo sobie nie znalazła; każde święta spędzała z rodziną Castillo i skupiła się na pracy oraz przyjaciołach.
– Dwa lata temu myślałam, że skoro dostałaś nauczkę, to znajdziesz sobie normalnego chłopaka. Tymczasem spotykałaś się z jeszcze gorszym bratem twojego byłego, a w końcu znowu z nim.
– Kocham go – powiedziała, jakby to wszystko usprawiedliwiało.
Kobieta wyciągnęła rękę przez stół i złapała ją za dłoń.
– Wiem, kochanie – oznajmiła. – Ale czasem to nie wystarcza. Związek nie polega na samej miłość. 
Monica wstała.
– Nie siedź za długo. – Pocałowała ją w policzek i skierowała się w stronę schodów.
Westchnęła głośno i po chwili usłyszała dźwięk prysznica na górze.
Ziewnęła i już szła w stronę swojego pokoju, kiedy w domu rozległ się dzwonek do drzwi. Z zaskoczeniem spojrzała na zegarek na kuchence i zauważyła, że jest już po dwudziestej czwartej. Uniosła brwi i podeszła do drzwi. 
Po otworzeniu ich zdumiona stwierdziła, że stoi przed nią Leon Verdas. Miał na sobie luźne ciuchy – nie takie, które nosi w pracy, a jego włosy były poczochrane. Jej uwagę jednak przykuło to, co trzymał w dłoni – otwarte czerwone pudełeczko z pierścionkiem w środku.
– Wyjdź za mnie.

~*~

Eeee, przepraszam? XDD
Nie no, znowu rozdział mi się nie podoba ;---; Spieprzyłam ostatni frag dość ważny i wgl ;//.
Ogólnie jest to pierwszy rozdział w historii tego bloga pisany z dwóch perspektyw i bez wspomnienia XD. Czemu? Miałam to rozwinąć i chciałam zrobić z tego dwa rozdziały (jeśli pytacie: jak?, to wiedzcie, że sama zadaję sobie to pytanie ;D), ale stwierdziłam, że zanudzilibyście się, a ja bym się namęczyła bez powodu. Jeśli chodzi o wspomnienie to (a) kończą mi się pomysły, (b) rozdział byłby za długi.
W każdym razie mam nadzieję, że mimo wszystko nie wyszło to takie okropne, jak mi się zdaje i czekam na Wasze opinie ;)

Do następnego ;>

Quinn ;*

wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozdział XXIII ~ "Co się dzieje?"



– Pomyślałem, że po pracy moglibyśmy pójść na jakąś kolację albo do kina – zaproponował.
Castillo podniosła głowę i przygryzła wargę, po czym rozejrzała się po jego gabinecie. Wiedział, że właśnie szuka wymówki. Przez ostatni tydzień zdążył nauczyć się rozpoznawać ten typ zachowania. 
– Ja… Nie dzisiaj. Muszę coś załatwić – odpowiedziała w końcu.
Westchnął głośno.
Po powrocie z delegacji, wszystko było dobrze – przez tydzień. Później Castillo zaczęła unikać spotkań poza pracą i dziwnie się zachowywać. Szatyn nie pamiętał już nawet, kiedy ostatnim razem ją pocałował.
Coś się działo, a on nie miał pojęcia, co. W dodatku ona niczego mu nie ułatwiała, zapewniając go ciągle, że wszystko jest w porządku.
– To może – podjął kolejną próbę, choć wiedział, że skończy się ona niepowodzeniem – przyjedź do mnie, jak już to załatwisz, a ja wypożyczę film i zamówimy pizzę?
Podrapała się po karku – kolejna oznaka, że szuka wymówki.
– Nie, wiesz… prześpię się dzisiaj u siebie.
Miał dość. Jak miał coś naprawić, nie wiedząc, co jest nie tak? Może dwa lata temu ten dystans by mu nie przeszkadzał – wręcz przeciwnie: byłby mu na rękę – ale postanowił, że nie będzie popełniał znowu tych samych błędów. Nie pozwoli na to, żeby znowu cierpieli.
Starał się, jak nigdy. Dawał jej kwiaty, trzymał jej rzeczy w swoim mieszkaniu i miał w swoim pęku klucz do jej miejsca zamieszkania. Do tego, starał się mieć dla niej jak najwięcej czasu – nawet jeśli to oznaczało zrezygnowanie ze spotkań ze znajomymi czy rodziną. Planował wspólne wyjście z nią i zaprzyjaźnionym małżeństwem, żeby w końcu ich sobie przedstawić.
Tymczasem nie miał pojęcia, jak naprawić coś, co się między nimi psuje. 
Otworzył usta, żeby w końcu zakończyć tę całą szopkę, kiedy usłyszeli pukanie do drzwi. Po chwili Diego pojawił się w jego gabinecie, nie czekając na pozwolenie. Jego wzrok od razu skierował się na szatynkę.
Przez ostatnie dwa tygodnie, robił wszystko, żeby jego brat nie miał z nią jakiejkolwiek styczności, jednocześnie próbując zachować dyskrecję. Dopiero w tej chwili przyszło mu do głowy, że może jego próby wcale nie były tak skuteczne, jak mu się do tej pory wydawało. Może powiedział Violetcie coś, co spowodowało jej zachowanie.
– Masz dla mnie te papiery, które miałeś podpisać?
– Dałem Scott'owi – odpowiedział z nadzieją, że to już wszystko i jego brat opuści pomieszczenie, a on będzie mógł wrócić do rozmowy z szatynką.
Ten jednak spojrzał na Castillo i zapytał:
– Możemy porozmawiać w cztery oczy?
Jeszcze zanim kobieta zdążyła przenieść na niego wzrok, Leon odpowiedział za nią:
– Violetta jest teraz w pracy. Naucz się oddzielać życie zawodowe od prywatnego.
Brunet zgromił swojego brata wzrokiem.
– Tak, jak ty? – spytał. – Może asystent bardziej pomógłby skupić ci się na pracy.
Uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Podążał tylko wzrokiem za bratem, kiedy ten znikał za drzwiami.
– Masz rację – odezwała się Violetta, a ten obdarował ją pytającym spojrzeniem. – Jestem w pracy. Powinnam przynieść ci kawę albo zrobić… coś – oznajmiła i szybko wstała, po czym opuściła jego gabinet.
Verdas zacisnął pięści. Wciąż miał cholerną ochotę uderzyć swojego brata, a w tej chwili był bardzo blisko zrobienia tego. 

Wszedł do mieszkania Włoszki i od razu skierował się w stronę, z której dobiegał jej głos. Chwilę później, znalazł ją w sypialni, jak odwrócona do niego plecami rozmawiała przez telefon.
– Jak to poroniłaś? – usłyszał i zmarszczył brwi. – Musisz mu powiedzieć... Ma prawo wiedzieć...Nie, on ma prawo wiedzieć… Nic nie zmieni? Żartujesz? Zmieni, i to bardzo dużo!… Nie, nie rozłączaj się!
Odsunęła słuchawkę od ucha i przeklęła pod nosem. Verdas domyślił się, że jej rozmówczyni nie posłuchała jej i się rozłączyła. Oparł się o framugę i postanowił uświadomić brunetce, że nie jest sama w pomieszczeniu. Odchrząknął.
– Coś się stało?
Gwałtownie odwróciła się do niego zdziwiona.
– S-słyszałeś moją rozmowę? – zapytała zaniepokojona, po czym wstała i podeszła do niego.
Wzruszył ramionami.
– Tylko kawałek – odpowiedział lekko zaskoczony jej reakcją. – Więc?
Przez chwilę wpatrywała się w niego i wyglądała, jakby zastanawiała się nad czymś. Dopiero po jakiejś minucie, odezwała się:
– M-moja znajoma… poroniła – oznajmiła niepewnie. – Jej… chłopak… nie wiedział o ciąży i ona nie chcę mu teraz o tym powiedzieć. Uważam, że powinna – przerwała i przygryzła wargę. – A ty, co o tym myślisz?
Uniósł brwi. Francesca chyba wprost uwielbiała, zadawać mu tak trudne pytania.
– Fran, jest jakieś trzydzieści stopni. Możesz zostawić sobie takie pytania na chwile, w których będzie na tyle chłodno, żebym był w stanie skupić się na przemyśleniu odpowiedzi?
Odwrócił się i skierował do kuchni. Wyjął z szafki szklankę i nalał sobie do niej wody.
W pomieszczeniu już po chwili pojawiła się jego przyjaciółka.
– Ale, gdyby na przykład… Gdyby Violetta była z tobą w ciąży i poroniła, wolałbyś o tym wiedzieć?
Westchnął głośno. Żałował, że nie przyszedł do Włoszki pięć minut później. Wtedy przynajmniej nie musiał rozmawiać o Violetcie.
Po chwili jednak dotarło do niego, że Francesca i tak znalazłaby pretekst, żeby o niej wspomnieć.
– Ja i Violetta to inna sprawa. Zerwaliśmy – odpowiedział.
– Co? – zapytała oburzona. – Czyli twierdzisz, że gdyby teraz Violetta poroniła, nie obchodziłoby cię to, bo zerwaliście?! Co to zmienia, Leon?
Nic, odpowiedział w myślach. Dobrze wiedział, że to by nic nie zmieniło. Chciałby to wiedzieć bez względu na to czy byliby razem, czy osobno.
Ale to było bez znaczenia. Zerwali i każde z nich poszło w inną stronę, a on chciał o niej zapomnieć. 
Wiedział, do czego by ta rozmowa prowadziła. Włoszka próbowała by od niego wyciągnąć wyznania, a potem użyłaby ich, żeby zmusić go do dowiedzenia się, gdzie mieszka Castillo i pojechania za nią.
Westchnął głośno. 
– Fran, naprawdę nie chcę teraz rozmawiać o Violetcie.
Oparł się o blat, a brunetka się do niego przysunęła.
– Jedź do niej – powiedziała cicho.
Parsknął i pokręcił głową.
– A co jeśli cię potrzebuje?
– Gdyby mnie potrzebowała, odebrałaby chociaż jeden telefon ode mnie – oznajmił stanowczym głosem i skierował się w stronę wyjścia. Miał dość tego, że jego przyjaciółka wciąż o niej wspomina. – Zrób coś dla mnie i zapomnij, że w moim życiu był ktoś taki, jak Violetta Castillo.
Nie czekając na odpowiedź, opuścił jej mieszkanie.
Spojrzał na zegarek widniejący na jego lewym nadgarstku. Dochodziła dwudziesta druga. Jeszcze raz wszystko przemyślał. Może szatynka naprawdę miała w ostatnim tygodniu dużo spraw do załatwienia. W końcu nie wszystko musiało kręcić się zawsze wokół niego. Może teraz leży i śpi za ścianą.
Nie był w stanie jednak wrócić do domu. Cholernie za nią tęsknił i czuł, że już dłużej nie wytrzyma tej rozłąki.
Dlatego westchnął głośno i zapukał do drzwi. Sam nie wiedział, czemu nie użył swojego klucza. Może po prostu chciał sprawdzić, czy ta w ogóle chce go widzieć.
Na szczęście, już po paru sekundach zobaczył w progu zdziwioną Castillo. Miała na sobie pidżamę, więc pewnie szykowała się już do spania.
Z niewiadomych powodów chciał jej wytłumaczyć swoją obecność – nie wiedział tylko jak. 
Zanim jednak zdążył w ogóle otworzyć usta, Violetta podeszła do niego i go pocałowała. Potem zarzuciła mu ręce na szyję i wtuliła się w jego tors. Verdas nie miał pojęcia, co się dzieje, ale oddał uścisk i pocałował ją w czubek głowy.
Po chwili, bez słowa zaprowadziła go do kanapy.
– Napijesz się czegoś?
Pokręcił tylko głową i zmarszczył brwi.
– Co się dzieje?
Przez chwilę wpatrywała się w niego, przygryzając wargę. Widział, że zastanawia się czy może mu o czymś powiedzieć. Czuł się rozczarowany faktem, że nie ufa mu. A może to nie przez brak zaufania tylko strach? 
Po drodze tutaj, w jego głowie pojawiało się mnóstwo powodów. Już wyobrażał sobie, jak przyjeżdża tutaj, a szatynka mówi mu, że zostało jej kilka tygodni życia. Albo że kocha Diego. Widział w głowie, jak oznajmia, że przez wydarzenia sprzed dwóch lat, nie może już z nim być; zaufać mu. 
Bał się, że którakolwiek z jego wizji zaraz się ziści. Castillo z kolei nie ułatwiała mu tego wszystkiego tak stojąc przed nim. W tej chwili miał ochotę przywiązać ją do krzesła i grozić, że nie rozwiąże jej dopóki mu nie powie, dlaczego się tak zachowuje. Wiedział jednak, że po takim czymś, zapewne by z nim zerwała.
W końcu usiadła obok niego i wtuliła w twarz w jego szyję. Bez zawahania objął ją ramieniem i jeszcze bardziej do siebie przycisnął.
– Zostaniesz dzisiaj ze mną? – spytała niepewnie.
Pokiwał głową i zdał sobie sprawę z tego, że właśnie po to tu przyszedł – żeby z nią być. Cholernie tęsknił za spotkaniami z nią poza godzinami pracy. Chciał znowu zamknąć się z nią w mieszkaniu i choć przez chwilę żyć w ich własnym świecie pozbawionym zarówno Diego, jak i jego rodziców.
Dotarło do niego, że nie może na nią naciskać. W tej chwili powinien skupić się na tym, żeby doprowadzić do tego, aby mu zaufała czy przestała bać się jego reakcji na to, co ma do powiedzenia. 
Sięgnął po koc i przykrył ich, po czym wygodniej usiadł i oparł swoją głowę o głowę szatynki. Ta od razu przymknęła oczy, więc zrobił to samo. Kiedy myślał już, że ta śpi, Castillo lekko się poruszyła i odezwała;
– Leon?
– Hm?
– Wiesz, że bardzo cię kocham? – zapytała, wywołując zdziwienie Verdasa.
Jeśli kiedykolwiek wcześniej miał jakiekolwiek wątpliwości, co o tego, że coś się dzieje, wyzbył się ich w tej chwili. Pozostawała kwestia tego, jaki ten problem jest poważny i jak może pomóc w jego rozwiązaniu.
– Tak. – Pocałował ją w czubek głowy. – Co się dzieje?
W odpowiedzi, pokręciła tylko głową i ponownie wygodnie się ułożyła.
– Po prostu chcę, żebyś wiedział, że bez względu na to, jakie decyzje podejmę, zawsze będę cię kochać.
Jej odpowiedź zupełnie nie zaspokoiła jego ciekawości. Domyślił się jednak, że w końcu mu powie. Jego jedynym zadaniem w tej chwili było bycie przy niej.

Kiedy wyszedł spod prysznica, Castillo stała przy blacie i robiła kawę. Odkąd się obudzili, zamienili zaledwie kilka słów, więc szatyn miał nadzieję, że nadrobią to teraz albo po drodze do pracy.
Stanął w progu i obserwował, jak ta sięga do górnej szafki po kubki. Koszulka lekko jej się podwinęła, dzięki czemu miał okazję zobaczyć fragment jej tatuażu.
– Zastanawiałem się, co stało się z tą koszulą – skomentował swój ubiór, który – jak się okazało – ostatnie dwa lata, spędził w szafie Violetty. Sam również, nadal miał u siebie półki, na których wciąż leżały ubrania Castillo.
Kobieta gwałtownie, odwróciła się w jego stronę i upuściła szklankę tym samym tłukąc ją. Od razu schyliła się, żeby pozbierać odłamki szkła, a Verdas w ciągu sekundy, pojawił się obok. 
– Cholera – przeklęła, kiedy się skaleczyła.
– Pokaż.
Wziął jej rękę, po czym wstał i zaprowadził ją do zlewu. Włożył jej dłoń pod strumień zimnej wody  i zaczął przemywać ranę.
– Leon, musimy porozmawiać – rzuciła poddenerwowana.
Obrzucił ją tylko przelotnym spojrzeniem i ponownie skupił się na ranie. Zaczynał obawiać się, że zamiast do pracy, będzie musiał zawieźć ją na pogotowie.
– Nie teraz.
– Ale…
– Za chwilę.
Usłyszał westchnięcie.
– Leon, wyjeżdżam!
Nagle zamarł i odwrócił się w jej stronę. Spojrzał jej w oczy – widział w nich, że mówi całkowicie poważnie.

~*~

Pragnę z całego serca przeprosić państwa za to, co tu państwo widziało. Mam świadomość, że ten rozdział to porażka, ale jeszcze dwa następne będą musiały wyglądać podobnie. Obiecuję, że postaram się Wam to wynagrodzić. 
Przepraszam i mam nadzieję, że mimo wszystko ktoś wytrzymał i przeczytał całość.
Czekam na Wasze opinie :).
Dziękuję za uwagę.

Do następnego :>

(tak, znowu) Quinn ;---;