piątek, 22 maja 2015

Rozdział XV ~ "To nic nie znaczyło"



– Minęło ile? Dwa tygodnie? – marudził, mocniej ją obejmując.
Zaśmiała się.
– Półtora miesiąca – poprawiła go.
Zmarszczył brwi. Szatynka znowu wyjeżdżała do swojej znajomej, co nie do końca się mu podobało. Ostatnio nie spędzał z nią zbyt wiele czasu, a wizja kolejnej rozłąki nie napawała go radością. 
– Niedługo wrócę – oznajmiła, po czym szybko go pocałowała.
– Niedługo – prychnął. – Tydzień to dla ciebie niedługo?
W odpowiedzi posłała mu szeroki uśmiech.
– Zadzwonię do ciebie – obiecała.
Zsunął dłonie na jej biodra i spojrzał w oczy. Patrząc w nie, miał wrażenie, że mogłaby zmusić go do samobójstwa samym spojrzeniem. Westchnął głośno.
– Będziesz. Dzwonić. Codziennie – odpowiedział, przerywając krótkimi pocałunkami. Ostatni trwał najdłużej i z pewnością stali by tak jeszcze przez jakiś czas, gdyby nie to, że za plecami Castillo pojawiła się taksówka.
Verdas niechętnie się oderwał i spakował walizkę kobiety do pojazdu, po czym otworzył jej tylne drzwi. 
– Widzimy się za tydzień – oznajmiła, po czym pocałowała go w policzek. – Kocham cię.
Odwróciła się, żeby wejść do samochodu, kiedy szatyn w końcu się odważył i odpowiedział.
– Ja ciebie też.
Gwałtownie odwróciła twarz w jego stronę i szeroko się uśmiechnęła. Objęła jego twarz i złączyła ich usta w namiętnym pocałunku. Następnie - nadal się uśmiechając - wsiadła do auta i pokiwała mu przez szybę, po czym odjechała.
– Kim była ta dziewczyna? – zapytał Diego, który nagle pojawił się przed domem swojego brata. 
Leon gwałtownie poderwał głowę i szybko upewnił się, że Violetta stała tyłem do bruneta, więc ten nie mógł jej nigdzie rozpoznać. Kochał ją, ale nie chciał jeszcze, żeby poznawała jego rodzinę. Wiedział, że to oznaczałoby kolejny krok w ich związku, a cholernie się tego bał.
– Nikim.
– Ale…
– Jest jakiś cel twojej wizyty? – przerwał mu, skutecznie zmieniając temat.
Odwrócił się i ujrzał ją. Stojącą w jego salonie. Ubraną tylko w jego koszulę. De ja vu. Spuściła wzrok przyłapana na obserwowaniu go.
– Zapomniałam, że tam jest.
Kiedy zmarszczył brwi, wskazała ruchem na jego plecy, na których - pomiędzy łopatkami – znajdywał się tatuaż. 
– Nadal nikt z twojej rodziny nie wie o jego istnieniu? 
Uśmiechnął się sugestywnie, po czym podał jej kubek kawy. Upiła łyk i kąciki jej ust również się podniosły.
– Pamiętasz, jaką kawę lubię.
– Czemu miałbym zapomnieć? – zapytał, wpatrując się w nią. 
Wzruszyła ramionami, po czym obeszła kanapę i na niej usiadła. Verdas obserwował każdy jej krok i sam się sobie dziwił, jak to możliwe, że po takim czasie, on nadal nie może oderwać od niej wzroku.
Po chwili otrząsnął się i zajął miejsce obok. 
Szatynka podniosła lekko koszulkę, ukazując swoje czarne majtki, spod których widoczny był fragment tatuażu. Podwinęła kawałek bielizny na biodrze, pokazując tym sposobem resztę. Verdas uśmiechnął się na wspomnienie wieczoru po imprezie. Byli pijani i postanowili zrobić sobie tatuaże. Do tej pory pamięta okropny ból głowy, który męczył go cały dzień - zaraz po przebudzeniu się w hotelu i odkryciu dziary na swoich plecach. Minęły dwa dni, aż w końcu oboje przypomnieli sobie o wizycie w salonie.
– Diego nie miał nic przeciwko? – spytał, i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że powiedział to na głos.
Castillo się zaśmiała.
– Umówił mnie na zabieg, żeby go usunąć.
– Czemu więc nie poszłaś? – zadał kolejne pytanie zaintrygowany.
– To była jedyna rzecz, która mi o tobie przypominała – odpowiedziała, patrząc w punkt przed sobą. – Niby chciałam zapomnieć, ale kiedy przyszło, co do czego… nie potrafiłam tak całkowicie tego wszystkiego stracić.
Przez chwilę przetrawiał jej słowa. Schlebiało mu, że wolała zostawić po nim ślad, niż posłuchać jego brata.
– Jak udało ci się to ukryć?
Wzruszył ramionami. 
– Przed rodzicami nie było problemu, ale kiedy chodziłem z Diego na siłownię i ściągałem koszulkę, musiałem się do niego odwracać.
Ponownie przyjrzał się jej, kiedy w oczy rzucił mu się jakiś pyłek w dolnej części jej koszulki. Pochylił się i go strzepnął, muskając przy tym jej prawe udo. Kiedy podniósł głowę, napotkał jej spojrzenie i, zanim się obejrzał, poczuł jej wargi na swoich.
W pierwszej chwili, zaskoczyła go, ale już w następnej, objął jej udo i pogłębił jej pocałunek, gdy tymczasem jej ręce wędrowały już po jego nagim torsie. Po dwóch minutach leżała na plecach, a on zawisnął nad nią, podpierając się jedną ręką i głaszcząc jej nogę drugą.
Nie miał wątpliwości, co do tego, że gdyby nie dzwonek telefonu, doszło by do czegoś więcej. Ale jego komórka postanowiła dać o sobie znać właśnie w tej chwili.
Szatynka odsunęła się szybko, po czym wstała z kanapy.
– Przepraszam… j-j-ja… nie powinnam…
Zanim zdążył odpowiedzieć, ona zniknęła w sypialni. 
Westchnnął, po czym sięgnął po aparat i spojrzał na wyświetlacz – Jocelyn.

Przez całą drogę nie zamienili ani słowa. Oboje czuli się niezręcznie, nie wiedzieli, jak skomentować to, co zaszło rano. Szatyn jednak wiedział jedno - gdyby mógł cofnąć czas, zrobiłby to samo. Nie miał wątpliwości, co do tego, że Castillo nadal go kocha i wiedział, że w końcu będzie musiała to przyznać sama przed sobą.
Jeszcze do dzisiejszego ranka, nie był tego pewien, ale kiedy pokazała mu swój tatuaż, dotarło to do niego.
– Zatrzymaj się tutaj – poprosiła, kiedy znaleźli się niedaleko ulicy, na której mieszkał brunet. Zmarszczył brwi. – Nie chcę, żeby Diego zobaczył twój samochód. Miałam spać w swoim mieszkaniu. 
Zatrzymał samochód na tyle daleko, żeby starszy Verdas go nie zauważył i odwrócił się do kobiety. 
– Powinniśmy… 
– ...o tym zapomnieć – dokończyła za niego. – To nic nie znaczyło. Proszę zapomnijmy o tym.
Westchnął, ale kiwnął głową, po czym dodał kolejne zdarzenie do listy “rzeczy, o których miał zapomnieć”. 
Pocałowała go w policzek.
– Dziękuję – rzuciła, po czym opuściła pojazd.

~*~

Nicol wróciła! :D Z beznadziejnym rozdziałem hehe. Rozdział bez korekty, sprawdzę jutro, bo dzisiaj padam. Komputer wrócił, ale znowu się psuje, więc od razu zapowiadam, że niedługo znowu będzie w naprawie :))). 
Przepraszam za ten rozdział - za długość, jakość, fabułę. Ale przynajmniej jest więcej Leonetty! :D Następny rozdział będzie na 100% z perspektywy Leona, a kolejny nie wiem - muszę pomyśleć nad tym, czy pisać rozdziały z perspektywy Fioli :>.
Za tydzień nic się nie pojawi - mam w piątek i sobotę spływ kajakowy, a w niedzielę jadę do Gdyni. Za dwa tygodnie, pewnie będę pisała coś na drugi blog. Ale postaram się, jak najszybciej coś tu dodać. 
Swoją drogą mam pomysł na następne opowiadanie ^-^. Ale Leon znowu miałby brata (nie Diego :D) i to by miało dość duże znaczenie, więc w sumie nie wiem, czy nie będziecie mieli nic przeciwko albo coś :/. W każdym razie tego opo jeszcze nie kończę, więc... :D
Tak więc - jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję, że następny rozdział spodoba się Wam bardziej. A kolejny jeszcze bardziej, hehe. Nie, żebym coś planowała czy coś, ale planuję :D.

Czekam na Wasze opinie :*

Do następnego <4
Quinn :*

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział XIV ~ Spacer po parku



– Jak się bawisz? – zapytał, kiedy położyła mu dłoń na ramieniu i zaczęli tańczyć. Jak na złość akurat teraz musieli puścić wolny kawałek.
W pierwszym momencie zastanawiała się nad odpowiedzią, ale w końcu powiedziała:
– Wspaniale. – Zmusiła się do uśmiechu, ale oboje wiedzieli, że jest on równie sztuczny, jak usta i cycki babki, która właśnie tańczy z jej chłopakiem. – Dobre jedzenie i w-w ogóle... no wiesz...
Kiedy jego brew powędrowała do góry, od razu przestała się uśmiechać.
– Nie doceniałam tego, że nigdy nie zabierałeś mnie na takie imprezy – powiedziała, jednak dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że raczej nie powinna mówić o ich związku, a tego unikać. Co więcej przyznała właśnie, że Leon pod tym względem jest lepszy niż Diego. Cholera, przemknęło jej przez myśl, ale nic więcej nie dodała.
Szatyn spojrzał na bruneta, który właśnie śmiał się z żartu pani C.
– Od zawsze miała na niego chrapkę – oznajmił.
– Zauważyłam – odpowiedziała i powstrzymała się przed wyznaniem Verdasowi, że o dziwo nie przeszkadza jej to. Jakbym już nie powiedziała za dużo. – Jesteś tu z Jocelyn?
Sama nie wiedziała, czemu zadała to pytanie. Powinna udawać, iż w ogóle ją to nie interesuje, ale prawda była taka, że myśli o tym od chwili, w której dowiedziała się, że Leon będzie na tym przyjęciu.
Pokręcił głową, przygryzając wargę, a ona w duchu odetchnęła z ulgą. Nie powinna być zazdrosna, ale niestety była. Udawała obojętną i chciała mieć życie uczuciowe szatyna głęboko gdzieś, ale tak naprawdę bolał ją widok jej byłego chłopaka z jej eksprzyjaciółką.
– Musiała wyjechać na parę dni z miasta – wyjaśnił. – Ale... chyba nie jesteśmy dla siebie stworzeni.
Z trudem powstrzymała uśmiech.
Zdała sobie sprawę z tego, że jeszcze nigdy nie czuła się tak niezręcznie przy Leonie. Sama nie wiedziała, co jest tego powodem – ich ostatnia rozmowa, jej związek z jego bratem? Powodów w rzeczywistości jest o wiele więcej. Szatynka z każdym dniem coraz bardziej tęskni za Leonem, któremu mogła wszystko powiedzieć; którego nigdy się nie krępowała i obawia się, że jeśli dalej tak pójdzie – on już nie wróci.

Kiedy piosenka się skończyła, pożegnała Verdasa i wyszła się przewietrzyć. Narzuciła na nagie ramiona czarny płaszcz, po czym opuściła lokal. Rozejrzała się wokół i postanowiła, że przejdzie się po parku za budynkiem. Było tam cicho i spokojnie, a w tej chwili właśnie tego potrzebowała. Chciała przemyśleć wszystkie ostatnie zdarzenia, ale miała świadomość, że analizowała je już cholernie wiele razy i nie doszła, jak do tej pory do żadnego wniosku. Z Diego miałaby to, czego zawsze chciała od Leona – poważny, stabilny związek, mogłaby spędzać z nim wszelkie imprezy rodzinne, poznawać jego znajomych i mieć pewność, że od tak jej nie zostawi.
Leon natomiast był dzieciakiem, bał się jakiejkolwiek odpowiedzialności, a co dopiero związku, który ma jakąś przyszłość. Gdyby nie to, co w tej chwili łączyło ją z Diego, nigdy nie poznałaby jego rodziców. Francesci, jego najbliższej przyjaciółki, zapewne również by nie zobaczyła na oczy, gdyby ta nie wzięła tego w swoje ręce. A mimo to kochała młodszego Verdasa i nie potrafiła tego przerwać.
Zanim się obejrzała, była już w głębi parku i nie do końca wiedziała, w którym kierunku się udać, aby wrócić na przyjęcie. Kiedy jednak zobaczyła dwóch pijanych mężczyzn zmierzających w jej stronę, automatycznie odwróciła się i szybkim krokiem próbowała się od nich oddalić.
– Ej, ej, nie uciekaj! – usłyszała za sobą głos jednego z nich. – Z nami nic złego ci się nie stanie.
Przyspieszyła kroku i pomacała kieszeń z nadzieją, że jest tam jej komórka – wiedziała jednak doskonale, że znajduje się w kopertówce, którą zostawiła na sali bankietowej. Puls jej przyspieszył, kiedy usłyszała, jak mężczyźni znowu ją wołają. Rozejrzała się, ale nie zajęło jej wiele zauważenie, że poza nimi, nie ma w pobliżu nikogo innego.
Pisnęła zaskoczona, kiedy ktoś złapał ją za rękę i obrócił w swoją stronę. Od razu poczuła wstrętny odór alkoholu, ale kiedy chciała wyrwać mu dłoń, zaczął trzymać ją jeszcze mocniej, czym sprawiał jej ból.
– Puść mnie – powiedziała w końcu zła i jednocześnie przestraszona.
– Proszę, proszę – odezwał się drugi mężczyzna, stojący za tym, który właśnie miażdżył jej nadgarstek. – Jednak mówisz.
– Co my z tobą zrobimy? – pyta ten pierwszy. Mimo ciemności, szatynka bez problemu dostrzega jego głupi uśmieszek.
Już chciała się poddać i przestać wyrywać, kiedy czyjaś pięść uderzyła mężczyznę w twarz.

– Masz przy sobie telefon? – zapytał po zapięciu jej pasów i zajęciu miejsca kierowcy. Pokręciła głową wpatrując się pustym wzrokiem przed siebie.
Westchnął głośno i wyjął z kieszeni marynarki komórkę, włączając się w tym czasie do ruchu. Po chwili przyłożył aparat do ucha. Castillo nie wsłuchiwała się zbytnio w słowa, ale i tak wywnioskowała po nich, że zadzwonił do Francesci.
– Nie mów mu nic – powiedziała w końcu zachrypniętym głosem.
– Dlaczego?
Nie odpowiedziała. Sama nie wiedziała do końca, dlaczego. Po prostu do tej pory była przerażona tym, co ci mężczyźni chcieli jej zrobić. Wciąż miała przed oczami to, co mogłoby się stać, gdyby nie to, że Leon zaczął się martwić tym, iż jej tak długo nie ma i poszedł jej szukać.
– Powiem mu, że źle się poczułaś i odwiozłem cię do twojego mieszkania.
Kiwnęła głowę, po czym oparła głowę o szybę.
Wiedziała, że mieszkanie Leona nie jest daleko, ale i tak czas dłużył się jej niemiłosiernie. Kiedy dojechali, Verdas wyprowadził ją z auta i zaprowadził do swojego lokum. Dał jej swoją koszulkę i zadzwonił do Diego, kiedy poszła wziąć prysznic.
Dopiero ciepła woda, a potem jego zapach na koszulce przyniosły jej ukojenie. W tym momencie była wdzięczna Leonowi za to, że się nią w ogóle zainteresował. To Diego powinien to zrobić – ale zapewne był zajęty panią Collins. Mimo to, nadal nie była o nią zazdrosna. Cholernie ją to dezorientowało.
– Jak było u twojej przyjaciółki? – zapytał ją, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, kontynuował: – Tutaj było wspaniale. W końcu przespałem całą noc, nikt mnie nie obudził i nareszcie mogłem spóźnić się do pracy, i wiesz co? Moja lodówka znów jest pusta!
Uśmiechnęła się szeroko.
– Wspaniale, to może za tydzień pojadę do innej znajomej? – zaproponowała, obserwując jego reakcję. – Mieszka dalej, więc będę mogła zostać tam dłużej.
Przyciągnął ją do swojej piersi, po czym pokręcił głową.
– Prędzej przykuję cię kajdankami do łóżka i nie będziesz mogła wyjść nawet do sklepu na rogu.
Zaśmiała się, po czym przystanęła i go pocałowała.
– Przemyślałeś to, o czym rozmawialiśmy przed wyjazdem? – spytała, patrząc mu w oczy. W głębi duszy miała nadzieję, że potwierdzi, ale niestety – zgodnie z jej przypuszczeniami, odwrócił wzrok i wziął ją za rękę, po czym ruszył dalej.
– Co? – zapytał, choć oboje wiedzieli, że wie, o czym szatynka mówiła.
Westchnęła.
– Czy twoi rodzice w ogóle wiedzą, że z kimś się spotykasz?
Wzruszył ramionami.
– Ma to w ogóle jakieś znaczenie? Przecież to ja się z tobą spotykam, co im do tego?
Nie odpowiedziała. Parę miesięcy nie przeszkadzało jej to, że nie zna jego znajomych i rodziny, ale z biegiem czasu coraz bardziej zaczynało jej na tym zależeć. W końcu państwo Verdas mieszkają w tym samym mieście, Leon widuje swojego ojca i brata w firmie codziennie, a oni nawet nie wiedzą o jej istnieniu.

– Diego weźmie twoją torebkę – oznajmił szatyn, kiedy weszła do salonu w samej koszulce sięgającej do połowy ud i bieliźnie. – Powiedziałem mu, że klucze do swojego mieszkania miałaś w kieszeni kurtki, więc o ile nie będzie jej przeszukiwać, nie powinien o nic wypytywać.
Podniósł głowę, po czym dokładnie się jej przyjrzał. Castillo automatycznie zaczęła czuć się skrępowana, czując jego spojrzenie na swoich nagich nogach. Chrząknęła cicho.
Po dłuższej chwili Verdas z powrotem odwrócił się w stronę kanapy i narzucił na nią narzutę.
– Prześpię się na kanapie.
– Nie musisz tego robić – szepnęła niepewnie.
Ponownie zwrócił się w jej stronę i uniósł kąciki ust.
– Ale chcę.

~*~

I oto 14. :) Zacznę od tego, że nawet fajnie mi się ją pisało :D Tak btw w tym rozdziale miało być coś jeszcze, ale stwierdziłam, że i tak jest ciut dłuższy niż zazwyczaj, a ten fragment spokojnie mogę wcisnąć w piętnastkę :D. Tymczasem mam nadzieję, że ten rozdział się Wam spodobał - wzięłam sobie Wasze uwagi, co do Leonetty i może w tym rozdziale jeszcze tego tak nie widać, ale zbliżą się do siebie, obiecuję :*. Swoją drogą - przez 12 rozdziałów odezwały się na ten temat ze dwie osoby, a po 13 nagle wszyscy zaczęli pytać, czy aby na pewno na tym blogu będzie Leonetta, ZMÓWILIŚCIE SIĘ CZY JAK? XDDD
Rozdział jest pisany z perspektywy Fiolki (większość osób, które zagłosowały w ankiecie, tego właśnie chciały) i myślę, że co drugi rozdział będzie właśnie tak wyglądał, ale... jeszcze się zobaczy :D.
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał i obiecuję, że Leonetty będzie już coraz więcej XD No i oczywiście zapraszam do zakładek w razie jakiś jeszcze pytań czy uwag co do ogółu :D

Do następnego :*

Quinn :*

PS
Korekta jutro, obiecuję! XD

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział XIII ~ "Mleko już się rozlało"



– Po tym, jak dowiedziała się o ciąży zaczęła się strasznie dużo stresować, zrywała nocki i więcej pracowała, no wiesz... żeby zająć myśli czymś innym. – Westchnął, po czym mówił dalej: – Pewnego dnia wróciła z pracy do domu i zasłabła. Przez otwarte drzwi zobaczyła ją sąsiadka, zadzwoniła na pogotowie, ale było już za późno.
Brunetka usiadła bliżej i objęła go od tyłu, ale ten nadal siedział nieruchomo z rękoma położonymi na kolanach. Wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą.
– To nie twoja wina – szepnęła.
Wstał gwałtownie.
– A kogo, do cholery? – Ponownie westchnął i zaczął chodzić w tą i z powrotem po pokoju. – Gdybym nie był takim dupkiem, to by się tym tak nie przejmowała tylko zadzwoniła do mnie; gdybym się bardziej postarał, nigdy by nie wyjechała i byłbym na miejscu. Mogłem, do cholery, jechać za nią.
Przez chwilę Włoszka się nie odzywała. Verdas wiedział, że zgadza się chociaż z częścią jego wypowiedzi.
– Oboje po części zawiniliście – powiedziała w końcu. – Ale mleko już się rozlało. To przeszłość i nic, co teraz zrobisz tego nie zmieni.
Westchnął, ale wiedział, że kobieta ma rację. Nie może zmienić przeszłości i cholernie tego żałuje.
– Zaprosisz Jocelyn na jutrzejsze przyjęcie? – zmieniła temat.
– Jakie przyjęcie?
Spojrzała na niego zdziwiona.
– Przyjęcie charytatywne. To, na które zaprosili cię twoi rodzice – przypomniała.
Przeklął pod nosem. Zupełnie zapomniał o przyjęciu charytatywnym fundacji, którą jego rodzice wspierają od lat. Wiedział, że nie ma szans się z tego wykręcić. Impreza jest organizowana co rok i jest dla państwa Verdas ważniejsza niż ich własne urodziny.
Westchnął głośno.
– Nie, dzisiaj wyjeżdża za miasto do jakiejś koleżanki. Zupełnie o tym zapomniałem. – Nagle spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
– Nie – powiedziała widząc jego spojrzenie. – Może, gdybyś obudził się wcześniej, ale nie zaprasza się kogoś na przyjęcie dzień przed!
Klęknął przed nią, opierając ręce na jej kolanach.
– Oboje wiemy, że ty też nie masz z kim iść. Poszedłem z tobą na studniówkę, jak Matt cię zostawił...
Przez chwilę przygląda mu się zła za to, że wspomniał o tym, jak w liceum została wystawiona przez swojego chłopaka w dzień studniówki.
– Do końca życia będziesz mi to wypominał. – Westchnęła. – Okej.

– Musisz jechać? – zapytał, parkując samochód. – Moglibyśmy zostać w łóżku cały dzień, iść do kina... zostać w łóżku cały dzień...
Zaśmiała się, po czym pochyliła w jego stronę i pocałowała go namiętnie. Pogłębił pocałunek, mając nadzieję, że tym skłoni ją do zostania. Głupio mu było przyznać to nawet przed samym sobą, ale nie chciał, żeby wyjeżdżała. Ta się jednak uparła i jedzie za miasto do przyjaciółki.
Leon jej nie znał, ale już teraz wiedział, że by jej nie polubił.
– Już się umówiłam, nie mogę teraz zadzwonić i powiedzieć, że w ostatniej chwili zmieniam plany.
– Mogę to zrobić za ciebie.
Ponownie miał okazję usłyszeć jej śmiech. Oparła się o jego ramię.
– Nie mam co do tego wątpliwości, ale mimo wszystko, nie skorzystam – oznajmiła, po czym pocałowała go w szyję. – Zadzwonię wieczorem.
– Przyjdź wieczorem.
Nie była w stanie powstrzymać uśmiechu.
– Kocham cię.
Ponownie zamarł. Kiedy powiedziała mu to parę dni temu, udał, że nic się nie stało. Wmawiał sobie, że nie to miała na myśl i, że powiedziała to pod wpływem emocji. Teraz, kiedy to powtarza, zdaje sobie sprawę z tego, że ma przechlapane. Gdyby byłaby to każda inna dziewczyna, bez zastanowienia by z nią zerwał, ale nie z Violettą. Sam nie wiedział, czemu, ale nie mógł i nie chciał tego.
– Do zobaczenia za kilka dni.
Zobaczył cień rozczarowania na jej twarzy, ale zignorował to i jeszcze raz ją pocałował.
– Jesteś pewna, że nie mam cię tam zawieźć?
– Pojadę autobusem – oznajmiła, po czym wymusiła uśmiech i wysiadła.
– To co, widzimy się za tydzień? – usłyszał głos Jocelyn, która pocałowała go w policzek i wysiadła.
– Tak, Violu.
– Co? – spytała, zaglądając do samochodu, kiedy do szatyna dotarło, co powiedział. Błyskawicznie przestał patrzeć na punkt przed sobą i zwrócił wzrok na nią.
– Mówiłem, że będę tęsknić.
Uśmiechnęła się i zamknęła drzwi.
Verdas westchnął głośno i uderzył głową o kierownicę.

– Nigdy bym nie pomyślała, że to klimaty Violetty – powiedziała Francesca, tańcząc z Verdasem.
Szatyn przeniósł wzrok na Castillo. Stała obok Diego, uśmiechając się sztucznie, podczas gdy ten wdał się w miłą pogawędkę ze znajomą rodziców, która jest od niego o jakieś 15 lat starsza i ma męża – który, rzecz jasna, stoi obok – ale nigdy nie ukrywała tego, że brunet ją pociąga. W głowie Leona mimowolnie pojawia się niechciana myśl: W takim razie niech zajmie się nią, a Violettę zostawi w spokoju.
– Bo nie są – stwierdził. – Na sto procent teraz myśli, jak bardzo wolałaby siedzieć w domu i w pidżamie oglądać powtórki jednego z jej ulubionych seriali typu Teoria wielkiego podrywu czy Jak poznałem waszą matkę.
Przygryzła dolną wargę.
– Jak mogłeś spieprzyć związek z jedną z trzech kobiet, które tak dobrze znałeś?
Wzruszył ramionami. Sam wciąż się o to obwiniał. Wiedział, że mógł zrobić o wiele więcej by ją zatrzymać, a tego nie zrobił. Jego brat musiał zacząć się z nią spotykać, żeby to do niego dotarło.
– Myślę, że to przez to, iż zaczęło się robić poważnie – oznajmił po dłuższej chwili. – Spanikowałem i kiedy odchodziła, nawet nie próbowałem jej nic wyjaśnić, bo uznałem, że przynajmniej ona wróci do swojego życia, a ja do swojego. Życia pozbawionego damskich kosmetyków w łazience i randek średnio raz w tygodniu.
Pokręciła głową.
– Jocelyn to nie jest dziewczyna dla ciebie – odparła. – Oboje wiemy, że przypomina ci po prostu Violettę i tylko dlatego z nią jesteś. No może jeszcze po to, żeby wzbudzić w niej zazdrość. Lepiej skończ z tym, zanim ją zranisz.
Przytaknął.
Parę metrów od siebie zobaczył Diego tańczącego ze swoją wcześniejszą rozmówczynią, panią Collins. Automatycznie powędrował wzrokiem do stolika, przy którym siedziała szatynka i zapewne myślała już o tym, kiedy wróci do domu. Spojrzał na Włoszkę, której również Violetta rzuciła się w oczy.
– Będę rozmawiać z przystojniakiem przy oknie – rzuciła, po czym odeszła w stronę, wcześniej wymienionego, mężczyzny.
Podszedł do stolika szatynki od tyłu i położył dłonie na jej ramionach. Wzdrygnęła się i natychmiast odwróciła.
– Jeden taniec.
Widział wahanie na jej twarzy, ale w końcowym efekcie wstała i razem ruszyli na parkiet.

~*~

Dam, dam, dam - rozdział nareszcie skończony :/ Męczyłam się z nim od dłuższego czasu (trzynasty tym razem był pechowym rozdziałem) i myślałam, że nigdy go nie skończę ;-; Chciałam go dodać jeszcze w przerwie świątecznej, ale tuż przed świętami (sobota) zaczęłam się źle czuć i z dnia na dzień coraz gorzej, a nie chcielibyście czytać tego, co napisałam, będąc chora - istna masakra, nic by się nie trzymało kupy itd. Ale powiem Wam, że mimo wszystko wydaje mi się, iż rozdział nie jest taki zły, jak zakładałam. Wiem, że jest dość nudny (wspomnienie chyba najnudniejsze ze wszystkich, jak do tej pory), ale za to w kolejnym rozdziale coś się wydarzy ^^.
Swoją drogą po poprzednim rozdziale dodałam ankietę, ale nic o niej nie pisałam, więc strzelam, iż zagłosowali tylko ci najczujniejsi (XD), więc zaraz dodam drugą, w której będziecie mogli zagłosować na to, czy kolejny rozdział ma być z perspektywy Violetty ;) Mi to w sumie bez różnicy, ale widziałam, że w komentarzach zdania są podzielone, także... zapraszam do ankiety :D.
Obiecuję, że zakładki zaktualizuję! Po prostu to mam problem ze zdjęciami/gifami (bo Nicol jest uparta i chce takiej samej wielkości i w miarę podobny kolor (tj. nie tak, że jedno zdjęcie jest czarno-białe, drugie jaskrawe, a trzecie prawie bez koloru, jeśli wiecie o co cho XD), ale zepnę się i pokombinuję :D Na tę porę dodałam zakładkę, w której są informacje o blogu i możecie w niej zadać pytania lub kierować jakieś uwagi, które dotyczą całego bloga, a nie powiedzmy jednego rozdziału ;).
Jak zwykle za długa notka nanana, u Nicol to norma nanana ^-^
Ktoś czyta te notki w ogóle? XDD

Cóż, czekam na Wasze opinie i do następnego :*

Quinn :*

PS
Może się Wam wydawać, że gif na początku nie pasuje do rozdziału, ale tak mi się skojarzył z przyjaźnią Leona i Fran, której jest w tym rozdziale w miarę dużo ;) :D