sobota, 17 września 2016

21. ~ Narty


– Co on tu robi? – pytam szeptem, kiedy nasze spojrzenia do siebie wracają.
– A skąd ja mam to wiedzieć?
Nie, żebym miał coś do jej narzeczonego, ale... właściwie to mam. Poza tym nie bawię się w trójkąty, a przynajmniej nie w takie, w których jest jedna laska.
– Musisz się schować!– krzyczy szeptem.
– Violetta? – słyszymy zza drzwi.
– Już idę!
Patrzę na nią.
– Dlaczego to ja mam się chować?!
Unosi brew, a ja dopiero po tym geście zdaję sobie sprawę z tego, jak głupie pytanie zadałem. Właśnie zerwałem z laską zaraz przed tym, jak jej narzeczony postanowił przyjechać i przerwać nasz weekend. Nie codziennie mi się to zdarza – mam prawo być zdezorientowany.
Czy ja powiedziałem "zerwałem"? Nie, to głupie określenie. Nic nas nie łączyło. I nie będzie łączyć. Amen.
Wzdycham głośno, po czym rozglądam się po salonie, aby upewnić się, że nie ma tu niczego, co należy do mnie. Następnie wstaję i znikam w kuchni. W przejściu między pomieszczeniami znajduję się tylko łuk, dzięki czemu jestem w stanie słyszeć wszystko, co się tam dzieje i pozostać niezauważonym.
Nie pytajcie, czemu chcę ich słyszeć. Odczepcie się.
Słyszę kroki, a następnie dźwięk otwieranych drzwi.
– Colton! Co ty tu robisz?! – udaje zaskoczenie.
Oscar dla najlepszej aktorki idzie do... nie Violetty Castillo. Violetta jest piękna, mądra, zabawna, sympatyczna i wszelkie te inne bzdety, które mówimy Wam, kiedy chcemy się podlizać – niestety do dobrej aktorki jej daleko. Zaczynam myśleć, że już po mnie. Jej narzeczony musiałby być kompletnym kretynem, żeby nie wyczuć sztuczności w tej wypowiedzi.
– Pomyślałem, że zrobię ci niespodziankę i przyjadę po ciebie – słyszę w odpowiedzi.
Okej, przeceniłem gościa – myślałem, że ma mózg. Kto by się spodziewał.
Nic dziwnego, że Violetcie mimo braku talentu aktorskiego udało się ukrywać romans z kumplem jej brata.
Diego też jest aż takim kretynem czy po prostu nie gada z siostrą?
– Kompletnie się nie spodziewałam.
Myślicie, że jak walnę dłonią w swoje czoło to usłyszą?
Po chwili dostaję odpowiedź – jeśli ja słyszę, że się całują, to oni usłyszeliby, gdybym się uderzył. Swoją drogą – serio? Całują się? Kiedy ja jestem za ścianą? Czuję się ignorowany.
Czy to źle, że nie podoba mi się, że Violetta całuje swojego narzeczonego?
Jestem facetem – chyba wszystko w porządku. Nie?
– Gdzie Ludmiła? – słyszę po chwili.
– Ludmiła? – Po tym pokazie beznadziejnego aktorstwa, jaki nam zafundowała chwilę temu, przejąłbym się tym, że zaraz nas wyda. Ale jej narzeczony to kretyn. Nawet gdybym wyszedł i stanął przed nim w samych bokserkach, to nie skapnąłby się, że coś jest nie tak. – Ona... wyjechała. Pół godziny temu.
– To czyj jest samochód przed domem?
Mój.
– Eee... Ludmiły!
Geniusz.
– Zostawiła mi go, żebym miała czym wrócić do domu. Po nią przyjechał jej nowy chłopak.
– Nie chciałaś jechać z nimi?
Według jej historyjki, gdyby wyjechała "z nimi", pocałowałbyś klamkę, a nie Violettę, kretynie, więc naciesz się i spadaj zamiast zadawać głupie pytania.
– Nie – mówi, siląc się na lekki ton. – Chciałam... zostać do wieczora.
– Możemy zostać.
Jeszcze czego! Wynocha.
– Nie! – odpowiada szatynka natychmiast. – Powinniśmy wracać do domu – mówi pospiesznie, – Daj mi pięć minut, wezmę tylko swoje rzeczy.
Słyszę, jak zaczyna odchodzić, a potem kolejne kroki. Zbliżające się do kuchni.
– Co robisz? – pyta Castillo.
– Idę nalać sobie szklanki wody. Tu jest kuchnia, tak?
Nie!
– Nie! – zaprzecza. – To znaczy... Może iść usiąść na kanapie, a ja ci przyniosę wodę.
Dobrze, że nie wie, co na tej kanapie robiliśmy – ja bym na jego miejscu, nie chciał tam siadać.
Nie odpowiada, ale słyszę dźwięk oddalających się kroków, więc oddycham z ulgą. Po chwili Castillo wchodzi do kuchni. Spogląda na mnie bez słowa, po czym napełnia szklankę i wychodzi, nie obdarowując mnie już żadnym spojrzeniem.
Myślicie, że jest obrażona za to, co jej powiedziałem?
W ciągu zaledwie kilku minut szatynka jest spakowana i słyszę, jak wraca.
– Możemy jechać.
– Co z samochodem Ludmiły?
– Później się nim zajmie.
A potem wychodzi. Bez pożegnania, Nie, żebym tego oczekiwał, ale...
W sumie to oczekiwałem.

– Skąd wytrzasnąłeś ten breloczek? – takimi słowami wita mnie Diego, kiedy w środę dosiadam się do ich stolika w knajpie, w której pracuje Fran.
– Skąd wytrzasnąłeś te klucze? – dopowiada Federico.
Mówiłem, że ja i klucze się nie lubimy. Nic dziwnego więc, że moi przyjaciele tak zareagowali, gdy położyłem klucze z obciachowym breloczkiem-misiem na stole.
– Dostałem od... Teddy – odpowiadam.
– Nie ma jej tutaj, możesz zdjąć tego pluszaka – odpowiada Włoch. Nie wpadłbym na to sam, kretynie.
Nie odpowiadam.
Po chwili do naszego stolika podchodzi kelnerka i przyjmuje nasze zamówienia. Kiedy odchodzi dostrzegam Fran. Wołam ją, ale tylko spogląda na mnie i wraca do pracy.
A więc foch trwa.
– O co się obraziła? – pyta Diego.
– Obawiam się, że jest zazdrosna.
Gwałtownie unosi wzrok.
– O kogo?
– O mnie i... – Nie przemyślałem tego, okej? – sąsiadkę...
Federico nagle postanawia się włączyć do rozmowy.
– Sąsiadkę?
– Tak, Federico, sąsiadkę – mówię tonem, którym chcę mu przekazać, aby się zamknął. Dopiero wtedy zaczyna łapać.
– Aaaa, tę sąsiadkę.
Jeśli kiedykolwiek Diego się o czymś dowie, nie będzie to moja wina. Zakład, że wygada się mu albo najgorsza aktorka na świecie czyli Violetta, albo obrażalaska Francesca, albo idiota Federico.
Ale to pewnie mnie oberwie się najbardziej.
– Nadal nie wiem, o jaką sąsiadkę chodzi – zauważa Diego. – Ale musi w niej coś być skoro wciąż z nią kręcisz, więc nie będę wnikał.
– Już nie – odpowiadam.
Próbowałem dodzwonić się do Violetty po tym, jak wyjechała ze swoim – pożal się Boże – narzeczonym, ale nie odbierała. Sama też się nie odzywała, więc wywnioskowałem, że nie chcę mnie widzieć i, choć dziwnie się z tym czuję, postanowiłem, że daję sobie spokój na zawsze.
Żegnaj, Violetto Castillo.
– Od kiedy? – pyta Włoch.
– Skończyłem z nią w weekend.
– Bo? – interesuje się Diego.
Bo jest twoją pieprzoną siostrą.
Chociaż w sumie to nigdy nie stało na przeszkodzie.
– Bo to trwało za długo.

– Przyjeżdżasz do rodziców na Święta? – pyta Lara.
Jako, że Francesca jest na mnie obrażona, a z Violettą nie zamierzam się widywać tak mniej więcej do końca życia, postanowiłem wyciągnąć rękę do Lary. Zrobiłem to, zabierając je na sanki. Skończyło się jak zawsze – Teddy świetnie się bawi, a ja muszę siedzieć z Larą i najpierw ją przepraszać, a potem być przepytywanym.
Nie, żeby moje przeprosiny były szczere. Wciąż nie lubię Bena i wciąż będę robił wszystko, aby go oddalić zarówno od Teddy, jak i od Lary. Po prostu zmieniłem taktykę i teraz robię to w tajemnicy przed kuzynką.
– Wyjeżdżam z miasta – mówią, odmachując Teddy, która właśnie wdrapała się na szczyt pagórka.
Szatynka przewraca oczami.
– Praca? Znowu?
– Nie. Jadę z Diego na narty.
Wzdycha.
– Święta spędza się z rodziną.
– Postaram się przed wyjazdem odwiedzić cmentarz, ale jest zimno – nie każ mi tam siedzieć dłużej niż pół godziny.
Wiem, że nie bawią jej moje słowa, ale nie komentuje ich w żaden sposób.
– Spędzasz Święta z Benem? – pytam z czystej ciekawości. Jeśli odpowiedź będzie potwierdzająca, poważnie zastanowię się nad opcją zostania w mieście albo porwania Teddy na jej pierwsze w życiu narty.
– Nie – odpowiada bez zawahania. – Właściwie to chciałam z tobą o nim porozmawiać.
Proszę, powiedz, że z nim zerwałaś. 
Proszę, powiedz, że z nim zerwałaś. 
Proszę, powiedz, że z nim zerwałaś. 
– Teddy ostatnio dziwnie w stosunku się do niego zachowuje. Jest niemiła i ciągle powtarza, że go nie lubi.
Nie są to słowa, których oczekiwałem, ale nie odbierajmy Teddy chwili chwały. Jestem z niej dumny, Wy też powinnyście.
– Chciałabym, żebyś z nią o tym porozmawiał. Może ciebie posłucha.
Wzruszam ramionami.
– Jasne.
– Naprawdę?
Oczywiście, że z nią porozmawiam. Przecież ktoś musi ją pochwalić i zmotywować do dalszego działania.
Uśmiecham się.
– Tak.
Odwzajemnia mój uśmiech.
– Dziękuję – mówi, po czym mnie przytula.
Żeby z Francescą też było tak łatwo.

– Ile jeszcze? – pytam, nie otwierając oczu.
– Prawie na miejscu.
Wzdycham głośno.
– Nareszcie.
– Od trzech godzin masz zamknięte oczy, nie mógłbyś w końcu zasnąć i zamilknąć?
– Nie umiem spać w samochodzie.
– Jesteś najgorszym pasażerem z jakim w życiu jechałem.
– Było dać mi kierować.
Uwielbiam jeździć autem – wtedy, kiedy ja kieruję. Kocham lecieć samolotem – wtedy, kiedy siedzę w kokpicie i wszystkim steruję. Nienawidzę obu tych czynności, kiedy muszę siedzieć i oddać stery komu innemu.
Nie byłoby tego problemu, gdyby Diego nie uparł się, że to on będzie kierował. Właściwie to nawet nie wiem, gdzie jedziemy. Chociaż w sumie mam to gdzieś – chcę po prostu wysiąść z tego cholernego samochodu.
Nagle czuję, że samochód zwalnia, po czym skręca i całkowicie się zatrzymuje.
– Jesteśmy na miejscu – informuje mnie Diego.
Gwałtownie otwieram oczy, ale widzę tylko jakiś dom.
– Gdzie hotel? – pytam zdezorientowany.
– Tutaj – oznajmia brunet, po czym wysiada z samochodu. Robię to samo i idę za nim na ganek. Jak dla mnie to wygląda jak mały dom na przedmieściach, a nie hotel. Gdzie on mnie wywiózł?
Kładzie dłoń na klamce, ale kiedy okazuje się, że są zamknięte na klucz, puka w nie.
– Diego, jeśli nie masz kasy na prawdziwy hotel mogę za ciebie zapłacić, ale nie każ mi zatrzymywać się tutaj. Kimkolwiek są właściciele tego miejsca – boję się ich.
Już mam zapytać o jego rozbawiony wyraz twarzy, kiedy drzwi się otwierają, a mnie ukazuje się... Kto, do cholery?!
Po wyrazie twarzy Violetty, wnioskuję, że ja również jestem ostatnią osobą, którą spodziewała się zobaczyć.
– Co ty tu robisz? – pytamy jednocześnie, a Diego już nawet nie próbuje ukryć zadowolenia.
– Niespodzianka – oznajmia. Właściwie nie wiem, do kogo kieruje te słowa. Nie ogarniam nawet, co się tu, do cholery, dzieje.
W tej chwili chcę tylko wrócić do cholernego samochodu.

~*~

Nareszcie! W życiu tyle nie pisałam rozdziału. Przysięgam, że zaczęłam go pisać w jakimś b, krótkim odstępie czasowym od dodania poprzedniego. Po prostu miałam blokadę i nie byłam w stanie pisać niczego, naprawdę.
W każdym razie chyba mi w końcu przeszło i wracam do żywych ;D.
Przepraszam, że tak nudno, ale musiał być taki rozdział, który będzie jakby wstępem do ciekawszych wydarzeń ;). Dlatego też jest tu dużo przeskoków czasowych.
Postaram się jeszcze coś dodać na NSR, ale nie obiecuję. Jak nie jutro to za tydzień ;p.
Pewnie dodałabym ten rozdział już wczoraj i miała więcej czasu na NSR, ale popołudnie i wieczór spędziłam w szpitalu, a jak wróciłam byłam tak zmęczona, że dałam sobie spokój ;/.
Mam nadzieję, że jeszcze nie uciekliście i czekam na Wasze opinie ;*.

Do następnego! ;)

Quinn ;*

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Koniec wakacji



Zawsze mam dylemat, na którym blogu pisać notkę dotyczącą wszystkich i jak skłonić tych, którzy czytają tylko jeden, żeby jednak przeczytali tę notkę ;p.

Zaraz skończy się mój przedostatni dzień wolności, w środę wracam do szkoły, a że pewnie wiele się w ciągu roku szkolnego zmieni, to wolę to tutaj napisać i Was oraz siebie jakoś na to przygotować ;D.

A także wyjaśnić i podsumować to, co robiłam przez te wakacje. Swoją drogą mam wrażenie, że zrobiłam bardzo niewiele ;/.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

20. ~ "Raz na zawsze"



Zapewne zastanawiacie, co robiłem przez resztę piątku i połowę soboty.
Nie powiem Wam.
Ale możecie zgadywać. 
Podpowiedź numer jeden – to, co lubię robić najbardziej.
Podpowiedź numer dwa – w tej chwili również to robię.
A przynajmniej robiłem, dopóki nie usłyszałem dzwonka tej przeklętej komórki. Przerywam jednak całowanie jej szyi dopiero wtedy, kiedy się odzywa:
– To mój.
Wzdycham głośno i podnoszę się na rękach. Następnie sięgam na stolik nocny po jej telefon. Zerkam na wyświetlacz i odczytuję imię Colton'a. Naprawdę musi dzwonić akurat w chwili, w której posuwam jego narzeczoną? Przywaliłbym mu.
– Nikt ważny – mówię.
Wyciszam komórkę, po czym ją odkładam na stolik i wracam do całowania szatynki.
Dosłownie chwilę później, słyszę kolejny dzwonek. Ponownie się odrywam.
– Cholera, przecież to wyciszyłem.
– To twój – odpowiada, po czym się śmieje.
Ponownie sięgam na stolik nocny, tym razem zabieram swoją komórkę. Kiedy widzę imię Diego na wyświetlaczu, mam ochotę odrzucić połączenie, ale stwierdzam, że wolę go spławić za pierwszym razem.
Przykładam słuchawkę do ucha.
– Halo?
– Ej, to nie fair – odzywa się szatynka, a ja od razu zakrywam jej usta ręką.
Właśnie oficjalnie nie żyję.
– Jesteś z kimś?
Cofam to. Nie przewidziałem tego, że mój kumpel jest aż takim idiotą, żeby nie rozpoznać własnej siostry przez telefon.
– Eee... może? – odpowiadam.
– Gdzie jesteś? Nie ma cię w mieszkaniu.
– Ja? – Rozglądam się wokół. – Nie wiem.
– Jesteś pijany?
Nie, tak sobie tylko leżę na twojej nagiej siostrze.
– Czego chcesz? – zmieniam temat.
– Narty w święta? – proponuje.
Zastanowienie się zajmuje mi chwilę.
– Zarezerwuj hotel – oznajmiam, po czym się rozłączam.
Widzicie? Myślicie, że Violetta tak szybko spławiłaby tamtego palanta?
Zdejmuję rękę z jej ust, a ona zaczyna się śmiać.
Myślicie, że zareagowałaby tak samo jeszcze jakiś miesiąc temu?
Stworzyłem potwora.
Ale pomartwię się tym później. Teraz dołączam do niej, a potem mam w planach sprawić, żeby na jakiś czas miała problem z chodzeniem.

– Kakao.
Odwracam się do szatynki i widzę, że stoi za kanapą trzymając dwa kubki. Jeden podaje mi. Biorę go i marszczę brwi.
– Kakao? – pytam, kiedy zajmuje miejsce obok mnie.
– Kakao – potwierdza i bierze łyka, po czym odkłada kubek na stolik. Odwraca się w moją stronę i patrzy wyczekująco.
– Ile mamy lat? Siedem?
Prycha.
– Przepraszam, zapomniałam, że fakt, iż wczoraj postarzałeś się o rok, daje ci prawo do wywyższania się i gardzenia kakao. Jaki masz z tym problem? 
Unoszę brew.
– Nie mamy kawy, a najbliższy sklep, jak pewnie wiesz, jest trzy kilometry stąd – przyznaje.
Spoglądam na kubek, po czym wzdycham.
– Twoje zdrowie – mówię i biorę łyka, a następnie również odkładam kubek na stolik.
Podnoszę wzrok i napotykam na spojrzenie szatynki.
– No co?
– Dlaczego nie świętujesz swoich urodzin?
Dlaczego ludzie zawsze o to pytają? Czy to takie dziwne, że mam na głowie ciekawsze rzeczy do roboty, niż świętowanie dnia, w którym się urodziłem? Nie uważacie, że to trąci arogancją?
Chociaż jakby tak na to spojrzeć z drugiej strony... Co oznacza świętowanie? Może mam sam sobie zrobić przyjęcie, poświęcić czas i pieniądze na to, żeby moi znajomi przyszli i się dobrze bawili? Rzeczywiście mieliby powód do świętowania – to, że znają takiego kretyna.
Świętuję urodziny Teddy, bo ją kocham i kocham dzień, w którym się pojawiła. Ale przecież nie będę zacieszał z tego, że istnieję. Zostawię to Wam.
– Nie widzę w tym żadnego sensu – odpowiadam. Przez chwilę przygląda mi się w milczeniu. – Co?
Wzrusza ramionami.
– Po prostu zastanawiam się, skąd Diego cię wytrzasnął.
Śmieję się i obejmuję ją, kiedy opiera głowę o mój tors.
– Opowiedz mi o swojej pracy – prosi. – Albo o Teddy.
– Czemu chcesz o tym słuchać?
– Bo lubię jak mówisz o czymś, co kochasz.
Przez chwilę myślę nad tym, aż nagle uświadamiam sobie, że nie mam pojęcia, jako kto pracuje szatynka.
– Opowiedz mi o swojej – odpowiadam.
– Nie mam pracy – mówi, jeżdżąc dłonią po moim torsie.
– Opowiedz o tej, którą miałaś, zanim się przeprowadziłaś.
Wzdycha głośno.
– Byłam przedszkolanką – oznajmia, po czym podnosi głowę, aby zobaczyć moją reakcję.
Uśmiecham się.
– Mogłem się tego spodziewać.
– Owszem. – Ponownie opiera głowę o mój tors. – Chciałam pracować w domu dziecka, ale Colton zawsze mi tego odradzał. Uważał, że to wymaga zbyt wiele czasu i poświęcenia.
Tego również mogłem się spodziewać. Zostawiam jedna tę uwagę dla siebie. Myślę, że Castillo dobrze wie, iż jej narzeczony to samolubny dupek – po prostu wmawia sobie, co innego.

– Kiedy przyjedziesz? – pyta Teddy, kiedy rozmawiam z nią przez telefon. Przez chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią. Nie krytykujcie mnie za to, co za chwilę powiem – to był pomysł Fran.
– Nie mogę przyjeżdżać do ciebie, bo... – Przerywam, aby przypomnieć sobie jego imię. Po chwili, zakrywam ręką mikrofon i odsuwam słuchawkę. – Violetta? – zwracam się do szatynki, która właśnie robi sobie kanapkę w kuchni. – Jak ma na imię Pajac od Lary?
Marszczy brwi.
– Chodzi ci o Bena?
Ponownie przykładam słuchawkę do ucha,
– Ben! On mi nie pozwala – odpowiadam.
Nie patrzcie tak. Jeszcze będziecie mnie podziwiać, kiedy w końcu pozbędę się tego kretyna. 
– Dlaczego ci nie pozwala?
– Nie lubi mnie. Ciebie pewnie też nie, skoro nie chce, żebyś się ze mną widywała.
– Ja też go nie lubię – mówi Teddy stanowczo. Wiedziałem, ze mogę na nią liczyć.
– Tak trzymaj.
Szatynka podnosi na chwilę głowę, ale pozostawia tę rozmowę bez komentarza. Z kanapy mam idealny widok na kuchnię, a tym samym tyłek Castillo. To znaczy... Nie będę Wam ściemniać. Znacie mnie – wiecie, że dokładnie to miałem na myśli. Jej tyłek ubrany w obcisłe dżinsy.
Czy powinienem myśleć o tym w chwili, w której rozmawiam przez telefon z siedmioletnim dzieckiem?
Po chwili dociera do mnie, co właśnie robię. Spędzam weekend z zajęta siostrą kumpla. Spędzam weekend z kobietą. Spędziliśmy razem dwa dni, kiedy normalnie spędzam z jedną nie dłużej niż kilka godzin. I to w nocy. Cholera, wczoraj zjadłem z nią trzy posiłki. Grałem z nią w szachy mimo, ze nie robiłem tego z żadną laską, odkąd skończyłem podstawówkę.
Francesca miała rację. Co ja, do cholery, robię?
Spędziłem swoje urodziny z jakąś laską. Byłem z nią przez ponad dobę i dopiero teraz zauważam problem. Ona zna imię faceta mojej kuzynki. Zna Teddy. Lubi słuchać o mojej pracy. O mnie. A mnie do tej pory to nie przeszkadzało.
Co ona ze mną zrobiła?
Kiedy czuję na sobie mój wzrok, podnosi głowę i uśmiecha się do mnie.
Muszę to skończyć. Natychmiast. Zanim wpakuję się w jeszcze większe gówno.
Cholera, czemu nie posłuchałem Fran?
Szatynka podchodzi do mnie i siada na kanapie.
– Teddy, pogadamy później – rzucam i rozłączam się.
Castillo uśmiecha się, po czym przysuwa się i mnie całuje. Z początku oddaję pocałunek, ale kiedy się odrywa, patrzę na nią poważnie.
– Musimy to skończyć – odpowiadam.
– Co skończyć? – Patrzy na mnie zdezorientowana.
Kręcę głową.
– To zaszło za daleko. Powinniśmy z tym skończyć. Raz na zawsze.
Nazwijcie to jak chcecie – paniką, tchórzostwem. Zakończę to, póki mogę. Nie mogę się wpakować w takie gówno.
Już otwiera usta, żeby mi odpowiedzieć, kiedy słyszymy pukanie do drzwi. Oboje spoglądamy zaskoczeni w tym kierunku.
– Violetta, to ja, Colton.

~*~

Oto najkrótszy rozdział w historii tego bloga. No i najgorszy przy okazji też. A co tam - po co się ograniczać ;D.
Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko to, że piszę to coś od ponad tygodnia. Miałam jakąś blokadę. I to nawet nie wina braku pomysłów, bo mam szczegółowo zaplanowane rozdziały do 23. Dalej też mam pomysły, ale muszę przysiąść i pomyśleć nad szczegółami. Po prostu nie mogłam niczego ubrać w słowa. Zrobiłam sobie przerwę od bloggera na jakieś trzy dni i dopiero dzisiaj się zebrałam, żeby to napisać. Dlatego połowa tego czegoś została napisana wtedy, kiedy złożenie jednego zdania zajmowało mi kilka minut.
Mogę jedynie przeprosić i obiecać, że postaram się aby next był dłuższy, lepszy i szybciej napisany ;/.

Do następnego ;)

Quinn ;*

PS
Jesus, to jest straszne XDDD.