poniedziałek, 28 grudnia 2015

08. ~ Foch



Kiedy otwieram oczy, promienie słoneczne już bezczelnie święcą w mojej sypialni. Powinienem zainwestować w porządne zasłony. 
Wzdycham głośno i dopiero teraz zauważam, że leżę obok Violetty. Spałem na brzuchu, jedną ręką obejmując poduszkę, a drugą mając przerzuconą przez talię szatynki. Ona z kolei leży na plecach i obejmuję tę rękę swoimi.  
Delikatnie wstaję, starając się jej nie budzić i patrzę na zegarek – czternasta. Wzdycham głośno i wychodzę z pokoju, zanim obudzę Castillo Tak naprawdę rzadko śpię tak długo. Słońce budzi mnie, kiedy tylko się pojawi, a fakt, że późno zasypiam nie pomaga. Jednak po tym, czego się wczoraj nasłuchałem od Violetty, każdy by padł. 
Swoją drogą – wciąż nie wiem, o co chodzi. Odkryłem, że Castillo, kiedy się denerwuje, mówi dużo, ale bez sensu. Przez kilka godzin płakała i mówiła o... No właśnie nie wiem, o czym. 
Właściwie to nawet nie mam pojęcia, kiedy zasnąłem, ale cieszę się, że to nastąpiło, bo obawiam się, że jeszcze trochę i zrobiłbym jej krzywdę.   
Robię dwie kawy, kiedy słyszę dzwonek swojej komórki. Podnoszę ją z blatu i odbieram połączenie od Lary.  
– Jesteśmy już w drodze do ciebie. Podrzucę ją trochę wcześniej. 
Marszczę brwi. 
– Co? Kogo? Czemu? 
– Nawet nie mów, że zapomniałeś. 
– Chcę jechać do domu! – słyszę w tle i od razu sobie przypominam. Teddy. 
– Skąd. Jasne, że pamiętam. 
Wzdycha i wiem, że mi nie wierzy, ale postanawia nie ciągnąć tego tematu. 
– Po prostu chciałam cię uprzedzić, żebyś w razie czego mógł się pozbyć jakiejś laski, którą przytargałeś zeszłej nocy. 
Rozłącza się, a ja odwracam się i zauważam, że laska, którą przytargałem zeszłej nocy właśnie się wymyka. 
– Co robisz? 
Gwałtownie staje i odwraca się przodem do mnie. 
Włosy ma poczochrane, ciuchy pogniecione, a makijaż rozmazany – w sumie nie muszę już poznawać odpowiedzi na moje pytanie. 
– J-ja... Powinieneś mieć tu więcej ścian. 
Marszczę brwi, po czym rozglądam się po swoim mieszkaniu. Drzwi wejściowe znajdują się w salonie, który jest jednocześnie też kuchnią, jadalnią i przedpokojem. Do tego wszędzie są okna od podłogi do sufitu i sporych rozmiarów balkon. Właściwie jedyne miejsce, w którym można mieć trochę prywatności to łazienka i sypialnia. 
– Po co skoro mieszkam tu tylko ja? 
Kiwa głową. 
– Słuszna uwaga – rzuca i znowu odwraca się do wyjścia. 
Szybko ją łapię i z powrotem obracam w swoją stronę. Automatycznie zakrywa ręką swoje usta. Unoszę pytająco brew. 
– Nie myłam zębów, a ty stoisz za blisko. 
Przewracam oczami i puszczam ją, po czym opieram się o blat i obserwuję, jak sięga do torebki i bierze do buzi garść miętowych tic tac'ów. Śmieję się pod nosem, a ona przez chwilę stoi w milczeniu i nagle pyta: 
– Mogę już iść? 
Teraz nie mogę się powstrzymać, wybucham śmiechem. 
– Przestań w końcu się ze mnie śmiać! 
Nie robię sobie nic z jej słów, nie mogę przestać. 
– Idę. 
– Nie, nie, nie. – Znowu ją łapię i obracam. – Chodź.  
Staję za jej plecami i kładę dłonie na jej ramionach, po czym prowadzę ją do piekarnika, który znajduje się na wysokości jej twarzy. Kiedy widzi w nim swoje odbicie, zakrywa dłońmi twarz.  
– Potrzebuję prysznica. 
– Obok sypialni.  
Kieruje się w ich stronę, wciąż zasłaniając twarz. 
– Ręczniki są w szafce w łazience, a ubrania Fran są w mojej szafie w sypialni.  
Odwraca się gwałtownie. 
– Nie ubiorę ciuchów twojej dziewczyny. 
– To nie moja dziewczyna – zaznaczam. Nienawidzę tego określenia. 
Zabiera ręce i unosi brew. 
– Masz jej ubrania w szafie. 
– Okej! – Wyrzucam ręce w powietrze. – Skoro chcesz wyjść do ludzi w tym, to nie będę cię powstrzymywał. 
Ogląda swoje pogniecione ciuchy, po czym bez słowa idzie do mojej sypialni. 
– Ha! – krzyczę za nią, po czym uświadamiam sobie, że zachowuję się, jak dziecko. 

Siedzę na fotelu naprzeciwko kanapy, a ona na niej. Nie odezwała się odkąd tutaj przyszła, ale wiem, że w końcu się złamie. 
Nagle wstaje i kieruje się do kuchni, a ja ją bacznie obserwuję. Zabiera stołek spod blatu śniadaniowego i przysuwa go do szafek. Wchodzi na niego, po czym otwiera drzwiczki szafki ze słodyczami. 
– Teddy, widzę cię! 
Kompletnie mnie olewając, wyciąga czekoladowego batonika i wraca na kanapę, nawet nie zamykając szafki ani nie odstawiając stołka. 
Bierze pierwszego gryza, kiedy mówię: 
– Teddy, batoniki są dla grzecznych dzieci. 
Nie odpowiada, tylko sięga po pilota i włącza telewizor. 
– Teddy, wyłącz to. 
W odpowiedzi podgłasza.
Już mam wstać i wyłączyć ten telewizor, kiedy w pomieszczeniu pojawia się Violetta. Blondynka obrzuca ją tylko szybkim spojrzeniem i wraca do oglądania bajki. 
Wzdycham głośno. 
– Spieszysz się gdzieś? – pytam. 
– Nie, czemu? 
– Mogłabyś tu posiedzieć i pilnować, żeby nie wyskoczyła przez okno, kiedy będę brał prysznic?

Pewnie zastanawiacie się, jak udało mi się wziąć śmiertelnie obrażoną Teddy na ten cały koncert to szkoły. Odpowiedź jest prosta – nie udało. Dodałbym słowo jeszcze, ale straciłem cały swój optymizm pół godziny temu. Powinniśmy już tam być, a tymczasem Teddy płacze i krzyczy, że nigdzie nie idzie, Violetta próbuje ją uspokoić, a ja rozmawiam z Larą przez telefon. 
– Oddaj ją do adopcji – oznajmiam. – Albo do wojska. 
Słyszę westchnięcie po drugiej stronie słuchawki. 
– To tylko hormony, nie wiem, okres dojrzewania? 
– Podczas swojego okresu dojrzewania, przespałaś się z byle gościem i teraz sama wychowujesz dziecko. Teddy jest na to za młoda. 
Kolejne westchnięcie. 
– Naprawdę nie dasz rady jej tam zawieść? 
– Mógłbym ją związać i zawieść w bagażniku, ale ktoś mógłby się zaniepokoić i zadzwonić na policję, a ja za kilka dni mam lot, więc nie mogę wylądować w więzieniu. 
Daję jej chwilę na zastanowienie się. 
– Zadzwonię do szkoły, może uda się ją jakoś zastąpić. Nie pozwalaj jej oglądać telewizora i nie dawaj słodyczy, będę około dwudziestej drugiej drugiej. 
Rozłączam się i wracam do Teddy. Ona mnie olewa, ale szatynka od razu do mnie podchodzi. 
– Możemy porozmawiać? 
Włączam blondynce bajkę i prowadzę Castillo do sypialni. 
– Co jest? – pytam, zamykając drzwi. 
– Teddy twierdzi, że skoro Lara ma chłopaka, to on będzie jej tatą, a ty ją zostawisz.  
Marszczę brwi.  
– Skąd wzięły jej się te bzdury? 
– Ponoć tak powiedział chłopak Lary. 

~*~

Tak, wiem, że rozdział jest MEGA krótki. Przepraszam, ale siedzę teraz chora, mój mózg ledwo pracuje i wiem, że powinnam odłożyć pisanie tego na jakiś inny dzień, ale w sumie już nić więcej nie wymyślę, przykro mi. Chciałam, żeby to się skończyło tak, a że nie rozwinęłam wcześniejszych fragmentów to... Następnym razem będzie lepiej, ok? ;(
Jak święta? :D Ja pierwszy raz w życiu spędziłam je tylko z rodzicami i bratem, ale nie żałuję, bo pierwszego dnia świąt pojechaliśmy do Gamla Stan (taka starówka w Sztokholmie), a drugiego dnia do najstarszej dzielnicy w Sztokholmie położonej tam, gdzie największe jezioro w Szwecji. Problem w tym, że wszędzie była woda, a ja nie jestem fanką szalików i czapek, więc  od dwóch dni leżę w łóżku i oglądam filmy, a od czasu do czasu krzyknę do mamy, że umieram. Jestem z siebie dumna, że wgl dałam radę skończyć to coś u góry! XDDD
Mam nadzieję, że Wy nie cierpicie tak jak ja ;p.
Btw, uwaga: W KOŃCU DOSTAŁAM LAPTOPA! <333 Rodzice powiedzieli, że to ostatni tak drogi prezent w moim życiu, ale warto było ;D. W końcu mogę swobodnie pisać rozdziały, kiedy chcę, a nie kiedy akurat rodzice nie ptrzebują swoich lapków ^^.
Mam nadzieję, że rozdział nie był najgorszy i czekam na Wasze opinie ;*

Do następnego! :D

Quinn <3

PS#1
Jeszcze raz przepraszam za beznadziejną długość, kiedyś Wam to wynagrodzę ;D.

PS#2
DZIĘKUJĘ ZA 100 TYSIĘCY WYŚWIETLEŃ! <333333

sobota, 21 listopada 2015

07. ~ Kiepska impreza



– Nie zawsze tak było.
– Zawsze na początku jest zajebiście – odpowiadam.
– On kiedyś był zupełnie inny.
– Błagam, naprawdę się na to nabrałaś? – Wzdycham głośno. – On tak naprawdę zawsze taki był, po prostu grał przed tobą innego. A teraz już zwisa mu to, co o nim myślisz. Owinął cię sobie wokół palca. 
Przez chwilę się nie odzywa, więc odrywam spojrzenie od sufitu i kieruje je w jej stronę. Widzę w jej oczach, że nie pomogłem i zaraz znowu się rozbeczy.
Obejmuję ją, a ona po chwili moczy mi t-shirt łzami.
– Wiesz, co jest najgorsze? – pyta w końcu, nie przerywając szlochania. 
– Wciąż przynosi do łóżka pluszowego misia?
Płacze jeszcze głośniej.
– Bez niego jestem nikim! 
W tej chwili jej płacz zagłusza wszystko.
Nigdy nie wysłuchuję problemów kobiet, spoza mojej rodziny. Właściwie to nawet z nimi nie rozmawiam. Albo się z nimi pieprzę, albo omijam je szerokim łukiem. W takiej sytuacji interesuje mnie tylko to, jak wyglądają nago i czy aby na pewno mnie niczym nie zarażą. 
Prawda jest taka, że nie rozumiem kobiet i nie chcę ich zrozumieć. PSM, hormony, wyolbrzymianie wszystkich problemów, histeryzowanie i ciągły płacz. Pytanie do wszystkich (nie)szczęśliwych mężów – po co wam to było?
Każde państwo powinno opłacać kobietom psychiatrę. Tak! To by rozwiązało wiele problemów. Między innymi rosnącą liczbę rozwodów.
Wiecie jak wygląda sprawa? Kiedy facet zdradza kobietę, to jest największym potworem na świecie, ale kiedy ona to robi, to również wina jest po jego stronie – bo o nią nie dbał. To one manipulują wszystkim tak, żeby zawsze wyjść na tę biedną i pokrzywdzoną.
Zastanawiacie się więc pewnie, jak to możliwe, że ja – ten unikający rozmów z kobietami – wylądował tutaj. Leżę w łóżku z siostrą mojego kumpla i słucham, jak płacze i narzeka na swojego narzeczonego.
Ja również zastanawiam się, jak to, do cholery, możliwe?!

Kilka godzin temu...


– Wytłumacz mi jeszcze raz, dlaczego tutaj jestem?! – pytam, próbując przekrzyczeć muzykę.
– Z tego samego powodu, co wszyscy – dla zabawy! – odpowiada Federico. – Wstałeś dzisiaj lewą nogą czy co?! Jakoś wcześniej nie miałeś problemu z imprezami!
Wzdycham głośno zirytowany.
– Może dlatego, że wcześniej nie wyciągałeś mnie na imprezy po siedmiogodzinnym locie!
Wiem, co sobie myślicie – dlaczego nie odmówiłem? Prawda jest taka, że nawet nie miałem szansy.
Sprawa wyglądała tak, że Federico przyjechał po mnie na lotnisko. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robił, ale byłem cholernie zmęczony, a opcja podwózki przez kumpla zawsze jest lepsza niż podróż taksówką ze starym kierowcą, który słucha dennej muzyki i dokłada wszelkich starań, żeby ciągnąć cholernie nudną rozmowę, po czym oczekuje, że dacie mu napiwek. 
Pojechałem więc z nim i zanim się obejrzałem wylądowaliśmy w tym durnym klubie.
Jak się czuję? Siedzę w zatłoczonym lokalu w stroju do pracy, podczas gdy moja głowa pęka i jedyne o czym marzę to długi, spokojny sen.
Pewnie zastanawiacie się, dlaczego Federico zależy tak na tym wypadzie. Prawda jest taka, że sam nie wiem. Mam jednak teorię, że po prostu potrzebuję rozrywki, a że Diego wyjechał na parę dni do swojej rodziny, nie ma żadnych przyjaciół, którzy nadawaliby się na imprezę. Zresztą, po takich akcjach, nie dziwię się.
– Błagam cię, tym bardziej przyda ci się parę drinków. Poza tym pewnie i tak, jak zwykle lecieliście na autopilocie i na zmianę spaliście. 
Unoszę brew, ale nie odpowiadam – nie mam siły na dyskusje z nim.
Chcecie znać prawdę? Lot był koszmarny. Poza drzemką w kabinie pilotów, nie zaznałem snu od kilku dni. Pogoda zarówno przy startowaniu, jak i lądowaniu była beznadziejna, a grupa wyjątkowo trudnych pasażerów sprawiła, że przez trzy czwarte lotu moje myśli zajmowało wyobrażanie sobie sytuacji, w której mam możliwość obniżenia ciśnienia w strefie pasażerów w celu zmuszenia ich do pójścia spać.
– Jedyna cholerna rzecz jaka mi się w tej chwili przyda to powrót do domu i długi sen – odpowiadam tylko, po czym wypijam zawartość kieliszka. – Spadam.
– Pięć minut! – Zatrzymuje mnie, kładąc rękę na moim ramieniu. Wiem, że pięć minut w jego słowniku oznacza conajmniej dwie godziny, więc już otwieram usta, żeby odmówić, kiedy jego uwagę przykuwa coś za moimi plecami. – Cholera. Nie widziałeś mnie – rzuca i w mgnieniu oka znika w męskiej toalecie. 
Marszczę brwi i odwracam się. W oczy od razu rzuca mi się Ludmiła. 
– Leoś! To naprawdę ty?
W mgnieniu oka pojawia się obok i wita się ze mną całując mój policzek.
Blondynka chodziła ze mną do szkoły jeszcze za czasów, kiedy miałem "normalną" rodzinę. Później kontakt się urwał i odnowiliśmy go dopiero po paru latach.  
Nie, nie spałem z nią. Bywają przyjaciółki, jak Fran – takie, z którymi numerek od czasu do czasu nie zniszczy naszej przyjaźni; są też takie, którym bliżej do siostry niż przyjaciółki do seksu albo zwykłej kochanki – to właśnie do tej grupy należy Ferro. 
Mimo to, to właśnie z Francescą mam lepszy kontakt. Zapewne jest to spowodowane tym, że Ludmiła wie o wiele więcej o przeszłości, o której ja chcę zapomnieć.
– Co tutaj robisz? – pyta z entuzjazmem.
– Też chciałbym wiedzieć – odpowiadam i wymuszam uśmiech. Naprawdę pragnę się na kimś wyżyć, a wiem, że Ludmiła nie jest dobrą kandydatką. – A ty?
– Miałam przyjść na drinka z koleżanką, ale jej beznadziejny narzeczony znowu musiał się wpierdzielić i w końcowym efekcie marzę, żeby wrócić już do domu. Kocham ją, ale gdybym mogła, zabiłabym jej faceta.
Śmieję się cicho. Blondynka potrafi być najwspanialszym człowiekiem na świecie, ale zdecydowanie woli mówienie prawdy nawet osobom, które jej nie chcą. Tak, to pewnie dlatego jeszcze się na mnie nie obraziła.
Jestem gotów się założyć, że już nieraz powiedziała chłopakowi swojej przyjaciółki, że jest do dupy.
– Aż taki zły?
– Nawet ty byłbyś lepszy – komentuje, po czym woła barmana i zamawia drinka. – Wciąż nie ma dla niej czasu, bo albo praca, albo kumple, a ona nie ma prawa wyjść sama z domu. Do tego momentami traktuje ją jak gosposię nie jak dziewczynę, naprawdę nie wiem, co ona w nim widzi. A co u ciebie?
– Teddy mnie nienawidzi, Fran ostatnio się nie odzywa i jestem zmuszony do spędzania czasu z idiotą, który przywiózł mnie tu prosto z lotniska. 
– Jak to możliwe, że dobieramy sobie tak beznadziejne towarzystwo?
– Za cholerę nie wiem.
Opiera głowę na moim ramieniu.
– Wolałabym zostać tu z tobą, ale muszę wrócić do tego palanta – oznajmia, po czym wzdycha głośno. – Ale obiecaj, że zjemy razem lunch.
– Kolacja. Jutro – odpowiadam bez zawahania. Lubię Ludmiłę i zdecydowanie za dużo czasu minęło od naszego ostatniego wspólnego wyjścia.
Uśmiecha się, po czym całuje mnie w policzek i wstaje.
– Zadzwonię.
Zaraz po jej odejściu, pojawia się Federico.
– Błagam, powiedz, że nie podrywałeś tej laski.
Marszczę brwi. Przecież to tak, jakbym podrywał Larę. Boże, wyobraziłem to sobie. Co się zobaczyło, to się już nie odzobaczy.
Fede nie ma szans u Ferro. To mądra kobieta, a od Włocha trąci idiotyzmem na kilometr.
– Ta laska jest szurnięta.
– I kto to mówi – odpowiadam, kiedy nagle do mnie coś dociera. – Skąd niby to wiesz?
– Pamiętasz, jak kiedyś opowiadałem ci o lasce, od której musiałem uciekać w środku nocy? No, wiesz... Ta noc, której w naszym budynku nie było prądu.
Przez chwilę się zastanawiam, o czym mówi. Nagle przypominam sobie feralną noc bez prądu – przespałem się wtedy z Violettą, a niedługo przed tym Fede opowiadał od jakiejś szurniętej lasce.
– Nie – odpalam. – To nie mogła być Ludmiła, coś ci się pomyliło.
– Skąd możesz wiedzieć? Gadałeś z nią pięć minut! One zawsze na początku wydają się normalne.
Kręcę tylko głową, bo nie chce mi się przybliżać mu, jak dobrze znam Lu, i jak często on się puszcza, a potem nawet nie pamięta z kim. Owszem, śmiem twierdzić, że to właśnie on jest największą dziwką w naszej grupie.
Wyciągam do niego dłoń.
– Kluczyki.

Zaraz po opuszczeniu lokalu, słyszę swój telefon. Pada, więc chowam się pod daszkiem przy wejściu i odbieram.
– Halo?
– Musisz coś dla mnie zrobić.
Lara. Pamiętacie, jak mówiłem Wam, że dzwoni tylko wtedy, kiedy czegoś chce? Nie żartowałem.
– Nie.
– Okej, w takim razie powiem Teddy, że jej wujek ma ją gdzieś. To na pewno przyspieszy proces wybaczania ci.
Wzdycham głośno. Tak, dobrze słyszałyście. Teddy wciąż jest na mnie obrażona, a ja nie mam pojęcia, dlaczego.
Owszem wcześniej strzelała fochy, ale zawsze miała powód – beznadziejny, ale lepszy taki niż żaden – i po dostaniu lizaka jej przechodziło. Dziwnie czuję się z tym, że nawet nie wiem, co się dzieje.
Wyobraźcie sobie, że nagle ze sklepów wycofują czekoladę i zamykają wszystkie jej fabryki. Nie mówią, dlaczego – po prostu to robią.
Z tą różnicą, że moja czekolada sama postanowiła być wycofana.
Dlatego bez zawahania odpowiadam:
– Czego chce Teddy?
Możecie mówić, że manipuluje mną siedmiolatka, to prawda. Ale nie oddam nikomu mojej czekolady.
– W szkole Teddy jest koncert dla rodziców. Teddy w nim występuje, a ja nie mogę na niego iść, bo będę o tej godzinie w pracy. Nie chcę, żeby była tam sama.
– Koncert? Słyszałaś jak twoja córka gra na pianinie? Kocham ją, ale pozwalając jej nie występ, niszczysz jej życie.
Słyszę westchnięcie.
– Będzie tam jeszcze jakieś krótkie przedstawienie. Leon, proszę...
– Okej.
– Podrzucę ją jutro około piętnastej. Pamiętaj, że musicie tam być o siedemnastej. I koniecznie wszystko nagraj.
Słucham w skupieniu jej wskazówek, kiedy dostrzegam kobietę opuszczającą klub – jest zadziwiająco podobna do Violetty, ale pewność, że to ona zyskuje dopiero, kiedy przechodzi obok mnie. Nie zauważa mojej osoby, więc łapię ją za ramię.
– Zdzwonimy się jutro – rzucam do Lary i się rozłączam, po czym spoglądam na szatynkę. – Hej?
Przeciera łzę z policzka.
– Cześć.
– Coś się stało? – pytam, dopiero teraz zauważając, że płakała.
W odpowiedzi kręci głową, ale po chwili po jej policzkach znowu płyną strumienie łez. Przytula się do mnie i mruczy w moją klatkę piersiową:
– Zabierzesz mnie stąd?
Bez zawahania obejmuję ją i prowadzę do samochodu Federico. Nie pytajcie czemu, po prostu to robię.

~*~

W końcu się zjawiam XDD
Na początku wyjaśnię pewną sprawę ;p. Pisałam ten rozdział na tablecie, w aplikacji bloggera, i żeby sobie ułatwić zrobiłam na kompie w sql post z tytułem, gifem itd., ale później (na tabie) okazało się, że nie mogę pisać w tym poście (też chciałabym wiedzieć, dlaczego), więc stworzyłam nowy i, żeby nic mi się nie pomieszało nazwałam go "Treść do siódemki". Ci, którzy są obserwatorami mojego bloga, zapewne zauważyli już parę dni temu, że dodałam to już wcześniej – przez przypadek XDDDD. Po prostu zamiast "zapisz", wcisnęłam "opublikuj". Miałam wtedy zaledwie pierwszy fragment tego rozdziału, jakby co ;p. W każdym razie Ci, którzy mnie obserwują, mieli okazję przeczytać spoiler (specjalnie dodał się do obs, żeby sprawdzić, czy jak usunę posta, to on nadal będzie widoczny na stronie głównej bloogger'a, w obserwowanych blogach, i niestety był :///), a Ci, którzy nie są, mogą się teraz dodać i liczyć na więcej takich przypałów ^-^.
Btw. akurat coś takiego musiało mi się przytrafić, kiedy rozdział zaczynał się końcówką XDDDD. Przynajmniej nikt nie ogarnął, o co cho ;p.
Wiem, że jest mało Leonetty, ale next będzie cały o nich, więc uzbrójcie się w cierpliwość :D.
Mam nadzieję, ze rozdział się Wam spodobał i czekam na Wasze opinie :***

Do następnego :))

Quinn :**

poniedziałek, 26 października 2015

06. ~ Biały płotek



– Chyba... nie powinnam tu przychodzić – oznajmia, kiedy siedzimy na ganku przed domem, a ja tylko się uśmiecham. – Po prostu... ona mnie prosiła, a ja nie potrafię odmawiać dzieciom. Pomyślałam sobie, że przyjadę, zostawię prezent i odjadę. 
Zaśmiałem się, przerywając jej monolog. 
Mam wrażenie, że Violetta Castillo czuję się niezręcznie bez przerwy. Wciąż się z czegoś niepotrzebnie tłumaczy. Mówi wtedy szybko i zapomina o braniu oddechu, trzęsą się jej ręcę, a twarz robi się jej czerwona. To urocze, ale też niesamowicie śmieszne.  
Przez chwilę przygląda mi się zdezorientowana, po czym pyta: 
– Powiedziałam coś śmiesznego? – Nie muszę chyba wspominać, że mówi to jeszcze bardziej zdenerwowana niż wcześniej? 
Śmieję się jeszcze głośniej. 
– Leon – mówi i szturcha mnie w ramię. Zaraz po tym zakrywa sobie dłonią usta. – Przepraszam. Strasznie cię przepraszam. 
Okej, teraz naprawdę zaczynają mi lecieć łzy, a ona siedzi tylko obok i patrzy na mnie wprost przerażona. 
Dopiero po jakiś dwóch minutach doprowadzam się do porządku i spoglądam na nią, ale kiedy widzę jej minę, znowu chce mi się śmiać. 
Kładę rękę na jej kolanie, a ona się wzdryga. 
– Spokojnie, wyluzuj – oznajmiam z szerokim uśmiechem. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak muszę się starać, żeby znowu nie wybuchnąć śmiechem. – Wdech. Wydech. 
Patrzy na mnie przerażona, ale robi to, co jej mówię. 
– Jezu, zawsze jesteś taka spięta? – Wzdycham. – Przyszłaś na urodziny małej dziewczynki, na które zresztą zostałaś zaproszona. Nie musisz się nikomu z tego tłumaczyć, jasne? 
Kiwa delikatnie głową, ale wciąż nie jest rozluźniona. 
– Co jest? 
– Czy... Czy mógłbyś wziąć tę rękę? – prosi, a ja spoglądam na swoją dłoń spoczywającą na jej kolanie, po czym zabieram ją z uśmiechem. 
Automatycznie się rozluźnia i opiera ręce o swoje uda, a ja przyglądam się jej, próbując nie wybuchnąć śmiechem. 
– Kiedy trzaskałaś mi drzwiami przed nosem, nie byłaś taka nieśmiała. 
Kieruje na mnie swoje spojrzenie i przygryza wargę. 
– Przepraszam. 
Kręcę głową i patrzę na jakiś punkt przed sobą.
Zastanawiam się czy jest taka tylko przy mnie, bo głupio jej przez nasze wcześniejsze przygody, czy po prostu w stosunku do każdego tak się zachowuje. Jeśli prawdą jest druga opcja, mam kolejny powód do współczucia jej narzeczonemu.  
Wyobraźcie to sobie: 
Wieczór sam na sam, romantyczna muzyka i świece w tle. Violetta i pan X siedzą na kanapie, oglądając jedną z tych durnych komedii romantycznych, które swoją drogą nie są ani romantyczne, ani śmieszne, i nagle... Castillo kicha. W wyobraźni widzę przerażenie w jej oczach i powtarzanie po tryliard razy "przepraszam". 
Przynajmniej koleś może się od czasu do czasu pośmiać.  
– Bardzo kochasz swoją siostrzenicę – mówi nagle, wyrywając mnie z przemyśleń. Kurde, właśnie miałem wyobrazić sobie, jak robi mu za gorącą kawę.  
Kiwam głową. 
– Tylko na niej mi zależy. 
– A twoja dziewczyna? 
Patrzę na nią i marszczę brwi. Mam dziewczynę? Cholera. 
– Ta kobieta, która była u ciebie w mieszkaniu. Widziałam, że przyszedłeś tutaj z nią. 
Śmieję się pod nosem.  
– Co? Znowu powiedziałam coś nie tak? – spytała i zakryła dłonią usta. 
Kręcę głową. 
– Fran nie jest moją dziewczyną. 
– Nie? Myślałam, że tak, bo... spotkałam ją wtedy w twoim mieszkaniu, a... A teraz zaprowadziłeś ją na urodziny siostrzenicy i... 
– Jesteśmy przyjaciółmi i czasem się ze sobą prześpimy. – Wzruszam ramionami, a ona kiwa głową, ale wiem, że i tak nie rozumie. 
Nie dziwi mnie, że ten układ to dla niej coś nowego. Mam wrażenie, że dla kobiety jak ona w grę wchodzi albo prawdziwy związek w tymi wszystkimi, nieprzyjemnymi obowiązkami, albo nic. Nie potępiam jej za to. Po prostu nie rozumiem takich ludzi. 
Przez chwilę się jej przyglądam i widzę, że toczy ze sobą wewnętrzną walkę i zastanawia się czy coś mi powiedzieć. Jestem ciekaw, o co chodzi, więc rzucam: 
– Mów. 
Patrzy na mnie niepewnie i w końcu się odzywa: 
– Skoro dobrze wam w waszym towarzystwie to dlaczego... nie spróbujecie poważnego związku? 
Mogłem domyślić się takiego banalnego pytania. Odpowiedzieć jest prosta. 
– To nas nie kręci. Wolimy widywać się od czasu do czasu i nie musieć spowiadać się sobie z każdego wyjścia czy rozmowy, dawać sobie prezentów czy robić sobie obietnic, które później i tak szlag trafi. – Widzę w jej oczach, że to, co słyszy jest kompletną nowością. Tak, Violu, tacy ludzie też istnieją. – Dzięki temu unikamy nieprzyjemnych sytuacji, jak ostatnia scena twojego narzeczonego.  
Automatycznie spuszcza głowę. 
– To się więcej nie powtórzy. Myślę, że to już koniec. 
– Nie znam kolesia, ale coś mi mówi, że twój brat się ucieszy.  
Potwierdza skinieniem głowy. 
– Jestem adoptowana – oznajmia. 
Okej. Tego kompletnie się nie spodziewałem. Owszem, zauważyłem kompletny brak podobieństw między nią a Diego, ale uznałem, że tak się po prostu czasem zdarza. 
Spogląda na mnie i lekko się uśmiecha. Najwidoczniej bawi ją moje zaskoczenie. Przynajmniej w końcu się rozluźniła.  
– Połowę życia spędziłam w domu dziecka, marząc o tym, żeby w końcu mieć kochającą rodzinę i kiedy rodzice Diego mnie zaadoptowali, obiecałam sobie, że teraz już zawsze będę otoczona ludźmi, których kocham. Miałam wyjść za mąż, mieć gromadkę dzieci i mieszkać w domu z białym płotem.  
Wzdycham głośno. 
– Moi rodzice też nie żyją – mówię. Sam nie wiem dlaczego. Może po prostu uznaję, że skoro ona się przede mną otworzyła, ja też powinien coś powiedzieć. – Umarli przez moją matkę. I ja, w odróżnieniu do ciebie, unikam wszystkiego o czym mówisz. Nic nie jest stałe. W pewnym momencie mąż cię zdradzi, dzieci znienawidzą, a dom będzie miejscem, do którego nie będziesz chciała wracać.  – Wstaję z ganku. – Baw się dobrze na przyjęciu – rzucam i zostawiam ją zaskoczoną moimi słowami.  
– W tym roku mam aż trzy przyjęcia urodzinowe! – oznajmia Teddy, kiedy wracamy do domu. 
Spoglądam na nią zaskoczony. 
Właśnie wracamy z zoo. To, że byłem na przyjęciu nie oznacza, że zrezygnowałem z naszego corocznego wypadu. Nie mógłbym tego przegapić. 
Nie dlatego, że kręci mnie łażenie po zoo i obserwowanie śmierdzących zwierząt, które nie robią kompletnie nic ciekawego – swoją drogą, jak Teddy może się tym jarać? – ale po to, żeby spędzić z nią czas, którego nie mam wcale tak dużo, jak mogłoby się wydawać. 
Poza tym spójrzcie na nią – jej twarz jest pomalowana tak, że wygląda jak pysk tygrysa, trzyma mnie za rękę i idzie podskakując. Możecie mówić, co chcecie, ale po wczorajszej imprezie nie była taka szczęśliwa. 
– Przyjęcie u dziadków – wymieniam, a ona potwierdza to skinieniem głowy – i nasz wypad do zoo. – Powtarza poprzedni gest. – Teddy, to dwa. 
– Chłopak mamy zabiera mnie jutro na łyżwy. 
– Łyżwy? – Prycham. – Jest środek października. Poza tym, dlaczego nie przyszedł na przyjęcie u dziadków? 
– Mamusia powiedziała, że nie chcę, żebyś na razie poznawał i krytykował jej chłopaka. Miałeś nie wiedzieć, że w ogóle kogoś ma. 
Lara, chcesz jeszcze powymieniać się sekretami z córeczką? 
– Nigdy nie byłam na łyżwach. 
Staję, po czym klękam przed nią na jednym kolanie, żeby nasze oczy znalazły się na tym samym poziomie. 
– Powiedz chłopakowi mamy, że wolisz iść do kina, to zabiorę cię na łyżwy i lody. 
Spogląda na mnie, zastanawiając się. 
– Z posypką? 
– I polewą. 
– Okej! 
Mówicie, że przekupywanie dziecka jest złe? Wiem. Ale to ja jestem tym, który będzie przy jej wszystkich pierwszych razach. Ja byłem przy jej pierwszych słowach, krokach, wypadzie do kina, pierwszym dniu w szkole, jeździe na rowerze... Nie oddam jakiemuś gościowi jej pierwszej jazdy na łyżwach. Może się pocałować w... 
Pokonujemy dalszą drogę do mojego mieszkania. W holu przywołuję windę i chwilę czekamy. Nagle drzwi się rozsuwają, ukazując Violettę... z walizką w ręku. Marszczę brwi. 
– Znalazłaś mieszkanie? 
Wyszła niepewnie z windy zaskoczona moim widokiem. 
– Cześć, Violu! – krzyczy Teddy. 
– Cześć, ślicznie wyglądasz. – Obdarowuje ją uśmiechem i znowu wraca wzrokiem do mnie. Przygryza wargę. – Tak jakby... 
Marszczę brwi. 
– Wracam do Colton'a.  
– Nie! – krzyczy Teddy. – Nie wracaj do naczonego, Leon może być no... – Zakrywam jej usta dłonią i patrzę zdziwiony na szatynkę, podczas gdy ona próbuje mi się wyrwać. 
– Przecież mówiłaś, że to koniec. 
Wzrusza ramionami. 
– To, o czym ci mówiłam wczoraj, naprawdę jest dla mnie ważne, a tylko z Colton'em może się udać. Poza tym go kocham. 
Chcę coś odpowiedzieć, ale nagle Teddy gryzie mnie w rękę. Spoglądam na nią i przerażony łzami spływającymi po jej policzkach, puszczam ją. Spogląda na mnie zdenerwowana, po czym tupie nogą. 
– Idziemy do domu! – krzyczy i wchodzi do windy, krzyżując ręce na piersiach. No tak. Płacz to była tylko pokazówka, której nie zauważyłem. 
– Lepiej zabierz ją do siebie – rzuca Violetta i odchodzi, zanim zdążam coś odpowiedzieć. 
Wzdycham i staję obok Teddy. Próbuję złapać ją za rękę, ale ona mi ja wyrywa.  
Teraz obydwie są na mnie obrażone.

~*~

Tradycyjnie przepraszam za to, że rozdział tak dawno temu ;p. 
Mogłabym Wam obiecać, że to poprawię, ale wolę być z Wami szczera i napisać, że wcale tak nie będzie. Prawdopodobnie będzie pojawiał się jeden rozdział na miesiąc, do tego dużo krótszy niż te, które pisałam w wakacje. Wtedy po prostu miałam mnóstwo czasu, mogłam usiąść i piać godzinami, a teraz mam limit czasowy. Mam 2,5 dni na napisanie rozdziału, naukę szwedzkiego (LOL, niedługo normalna klasa ;o), jakiś czas wolny itd., więc sry. 
Chęci też coraz mniej przez tą cholerną szkołę. Spokojnie, nie będzie zaraz pogadanek o tym, że odchodzę, wena itd. Sprawa po prostu wygląda tak, że b. trudno usiąść mi do pisania. Proces ten potrafi trwać godzinę i wygląda tak, że siadam do kompa i robię wszystko byleby być zajęta czymś innym niż pisanie XD. Później, jak się już wciągnę to luz, ale początek jest straszny ;p.
Jeśli czytacie inne moje blogi to wiecie, że na tę historię mam superpomysł i, że Fiolka będzie miała problemy z główką ;D. Swoją drogą, jak zaczynałam to pisać to jej postać była w mojej głowie taka nijaka, a teraz w końcu nabiera jakiegoś charakteru XD. Przepraszam, że tak długo to trwało ;D. Co do innych postaci – Teddy będzie dużo, a chłopak Lary stanie sie w przyszłości sprawcą b. poważnego problemu. Ale to koniec opowiadania, więc na razie się nie przejmujcie.
Komentarzy jest ostatnio mało, ale nie będę marudzić. Wręcz przeciwnie – cholernie dzękuję tym, którzy po sql tracą czas na moje wypociny i na docenienie ich ;D. Podziwiam Was, bo sama odkąd zaczęła się sql, komentuję tylko jednego bloga, który zresztą prawie nie jest prowadzony (Teddy, i tak wiemy, że nie masz tylu sprawdzianów – po prostu jesteś leniwym śmierdzielem, któremu nie chce się pisać ^^). Obiecuję, że w końcu nadrobię! XDD
Tak btw. (żeby notka była jeszcze dłuższa) ostatni post był przed premierą 7. sezonu TVD, a pisaliście o przypuszczeniach, więc możecie się teraz podzielić swoim zdanem na temat trzech pierwszych odcinków ;D. Ja osobiście jestem cholernie zaskoczona tym poziomem. Stare TVD to nie jest i nie będzie, ale i tak bije to na głowę 6. sezon *o*.
Koniec, nareszcie XDDD.
Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał i czekam na Wasze opinie :**.

Do następnego ;))

Quinn ;**

PS#1
FERIE JESIENNE TAKIE FAJNE MUHAHAHAHA

PS#2
Ostatni fragment miał być przed budynkiem, ale komus windy brakowało, więc #winda_wolinskiego czy tam #winda_pingwina XDDDDD
Jeśli ktoś dotrwał do końca tej notki, pisze w kom #winda_pingwina XDDDD