sobota, 22 października 2016

niedziela, 16 października 2016

22. ~ "Wesołych Świąt"



– Czy jeśli w tej chwili dałbym ci z liścia, byłoby to zbyt damskie?
Zastanowienie się nad odpowiedzią zajmuje mu chwilę.
– Owszem.
– Kopniak w kroczę? 
– Boże, też.
Wzdycham głośno. Jak w inny sposób dać facetowi do zrozumienia, że jest kretyńskim kretynem z Kretynowa?
– Gdzie jest najbliższy posterunek policji? – pytam w końcu. Zauważcie, jaki spokój zachowuję. Diego ma szczęście, że nie chodziliśmy razem do liceum, bo już leżałby nieprzytomny w jakimś kontenerze. 
– Po co ci posterunek?
– Mam zamiar zgłosić porwanie.
Patrzy na mnie jak na idiotę, po czym zaczyna się śmiać. On aż sam się prosi o wpieprzenie.
– Od razu zgłoś gwałt i napaść.
Czy ten kretyn naprawdę sobie ze mnie żartuje?
– Dramatyzujesz – mówi w końcu. – Co byś takiego robił, gdybym cię tu nie przywlókł?
Nie muszę zastanawiać się długo nad odpowiedzią.
– Jadłbym pizzę? Oglądał TV? Wyrywał jakąś laskę? Robiłbym milion rzeczy, które są lepsze niż spędzanie Świąt na jakimś zadupiu z twoją rodziną. Poza tym Święta to jedyny okres, w którym nie muszę cię oglądać, czemu mi to odbierasz?
Moja odpowiedź nic nie dała – wciąż wydaje się być rozbawiony całą tą sytuacją.
Jeśli czegoś nie zrozumiałyście, pozwólcie, że wyjaśnię – nie będzie żadnych nart. Ten kretyn wywiózł mnie na jakieś pieprzone zadupie, do swojego pieprzonego rodzinnego domu, na pieprzone święta. Co my, parą jesteśmy?!
Końcowy efekt jest taki, że muszę tu zostać z tymi wariatami, bo nie mam swojego samochodu, a nienawidzę autobusów. Nie mam nawet problemu z tym, że muszę siedzieć tu z rodzicami Diego – poznałem ich, kiedy przyjechali do Seattle, nie są najgorsi. Nie chodzi też o to, że będę musiał świętować Boże Narodzenie mimo, że nie robiłem tego odkąd skończyłem czternaście lat – nawet dla Teddy. Największy problem mam z tym, że jest tutaj także Violetta. Między nami definitywny koniec (to brzmi jakbyśmy zerwali, a przecież nie mieliśmy czego zrywać), ale mimo to przeszkadza mi, że muszę spędzić najbliższe dni z nią za ścianą. Dosłownie – kolejne noce spędzę w dawnym pokoju Diego, sypialnia jego siostry jest zaraz obok.
Ponadto – mimo, że go nie widziałem – podejrzewam, że jej zidiociały narzeczony też tutaj jest. Jedyną rzeczą, która jest gorsza od spania z Violettą za ścianą, jest spanie z Violettą i jej narzeczonym za ścianą. 
– Jaki masz interes w tym, żeby mnie tu ściągać? – pytam podejrzliwie.
– Muszę mieć jakiś? – odpowiada pytaniem. Jego ton przekonuje mnie, że odpowiedź jet twierdząca.
– Gadaj.
Wzdycha głośno.
– Fran nie chciała, żebyś pracował w Święta, jak co roku, a że jesteście o coś pokłóceni, to kazała mi cię czymś zająć.
Marszczę brwi.
– Nie mogłeś zostawić mnie w spokoju, a jej powiedzieć, że spełniłeś jej prośbę? Ściemniałbym razem z tobą!
Unosi brew, a ja przez chwilę milczę i zastanawiam się nad jego słowami. Od kiedy Fran przeszkadza to, że udaję, iż Święta nie istnieją?
– Wiesz co? Nie obchodzą mnie wasze chore umowy, wracam do domu – oznajmiam i kieruję się do wyjścia z pokoju Diego.
Tuż przed naciśnięciem klamki, zatrzymuje mnie jego głos:
– Nie zapomnij o kluczykach.
Odwracam się.
– Dawaj kluczyki.
– Nie mam ich – odpowiada, wzruszając ramionami. Podchodzi i klepie mnie po ramieniu. – Wesołych Świąt.

Nie poddaję się łatwo. Dzisiaj jednak nie mam siły na wykłócanie się, bo jestem cholernie zmęczony po podróży, dlatego też postanowiłem, że prześpię się, pounikam Violetty i jej durnego narzeczonego, a jutro znajdę sposób, aby stąd uciec.
To całe unikanie okazało się jednak trudniejsze niż myślałem. Szczególnie w chwili, w której Diego prawie siłą zaciągnął mnie na kolację, podczas której muszę siedzieć dokładnie naprzeciwko szatynki. Mógłbym udawać, że mi to zwisa, gdyby nie to, że kolacja dobiega końca, a ona nie spojrzała na mnie ani przez chwilę. Przez to ja nie mogę się przestać gapić na nią. Naprawdę tak łatwo przychodzi jej olewanie mnie?
Jej zidiociały narzeczony za to nadrabia za obojga. Co chwila patrzy na mnie krzywo. Chyba mnie pamięta.
Zresztą kogo obchodzi ten kretyn. Was nie, mnie też – przestańmy tracić na niego czas i wróćmy do Violetty. Myślicie, że jak będę się na nią gapił cały czas to w końcu podniesie wzrok?
Szatynka nie tylko postanawia się na mnie nie patrzeć – przez całą kolację również milczy. Poza krótką rozmową szeptem między nim i tym kretynem (cholera, pamięta ktoś jego imię?).
Już mam zamiar wstać i odejść, kiedy moja noga pod stołem dotyka jej. Od razu ją zabiera, ale mimowolnie podnosi wzrok i patrzy na mnie. A ja na nią. Nie wiem, jak długo to trwa, ale odnoszę wrażenie, że całe godziny. W końcu przerywa to i wstaje od stołu. 
Nie widzę jej przez następne kilka godzin. Aż do chwili, kiedy leżę w starym łóżku Diego i słyszę jego chrapanie dochodzące z kanapy stojącej po drugiej stronie pomieszczenia (swoją drogą po cholerę komu kanapa w sypialni?). Próbuję zasnąć, kiedy słyszę dźwięk przychodzącego smsa. Sięgam po swoją komórkę i ze zdziwieniem odkrywam, że wiadomość jest od szatynki. Odczytuję jej krótką treść, która mówi, żebym przyszedł do jej pokoju, kiedy Diego zaśnie i spoglądam na bruneta mimo, że nie muszę – doskonale słyszę, jaka jest odpowiedź.
Nie wiem, czemu Violetta każe mi iść do pokoju, w którym śpi ze swoim narzeczonym, ale nie zastanawiam się nad tym. Jakimś cudem ta kobieta ma nade mną zbyt wielką kontrolę. Dlatego też wstaję i po cichu wymykam się z pokoju. Kieruję się do drzwi obok i przystaję, zastanawiając się czy powinienem zapukać. W końcu stwierdzam, że mam to gdzieś i wchodzę. Ku swojemu zdziwieniu dostrzegam tylko Violettę leżącą w dość dużym łóżku postawionym przy ścianie – żadnych kretynów w zasięgu mojego wzroku.
– Poszło szybciej niż się spodziewałam – mówi szeptem, kiedy mnie dostrzega.
– Nie ma tu twojego narzeczonego? – pytam równie cicho.
– Po cholerę kazałabym ci tu przychodzić, gdyby Colton tu był? – Colton? Naprawdę tak się nazywał? – Rodzice nie pozwolą nam spać w jednym pokoju przed ślubem, siedzi w gościnnym – wyjaśnia. – Zamknij drzwi na klucz.
Bez słowa zamykam drzwi, po czym przekręcam zamek i patrzę na szatynkę nie wiedząc, co właściwie tu robię.
– Posiedzisz ze mną chwilę? – pyta nieśmiało.
Zastanowienie się zajmuje mi chwilę. Dlaczego miałbym zostać? Bo jestem facetem, a kiedy laska woli, żebym to ja zakradł się do jej pokoju, a nie jej własny narzeczony, ego mi rośnie. Dlaczego miałbym odmówić? Bo miałem jej unikać. Bo zakończyłem wszystko, co między nami było – definitywnie. Bo w tym domu są cztery najważniejsze osoby, które nigdy nie powinny się dowiedzieć, że cokolwiek na łączyło.
Po krótkiej chwili, bez słowa podchodzę do jej łóżka i kładę się obok. Od razu wtula się w moją pierś, a ja dopiero teraz zdaję jak mi tego brakowało – kolejny powód, dla którego powinienem był odmówić.
– Prawie umarłam, kiedy cię zobaczyłam tutaj – oznajmia cicho po krótkiej chwili.
– Ja też – przyznaję. – Diego twierdził, że zabiera mnie na narty.
– Tak myślałam, że nie przyjechałeś tu dobrowolnie. – Podnosi wzrok. – Przez chwilę myślałam, że jakoś się dowiedział.
Wpatruję się w jej oczy. Nie jestem do końca pewien, co przed chwilą powiedziała. Szczerze mówiąc mam to gdzieś. Oczekuje mojej odpowiedzi, ale ja zamiast tego całuję ją. Jestem prawie pewien, że zaraz się oderwie, ale ona tylko lekko się unosi, kładzie rękę na moim policzku i oddaje pocałunek. 
Całujemy się przez kilka następnych minut. W końcu jej ręka wędruje do krawędzi mojego t-shirt'u. Unosi go lekko, ale ja – nie przerywając pocałunku – odrywam jej dłoń i splatam nasze palce. Chciałbym powiedzieć, że to dlatego, że się opamiętuję – że zaraz stąd wyjdę i między mną a Violettą wszystko będzie skończone. Ale to byłoby kłamstwo. Tak naprawdę robię to tylko dlatego, że nie czułbym się komfortowo, śpiąc z nią, kiedy jej narzeczony i brat są w odległości pary kroków. Dlatego też poprzestaję na całowaniu jej. Nie wiem, jak długo to robimy i nawet mnie to nie obchodzi, dopóki wszyscy w domu śpią i nie mają pojęcia, co się dzieje.

Budzi mnie dzwonek mojej komórki. Otwieram oczy i chwilę zajmuje mi dojście do tego, gdzie się znajduję. To zdecydowanie nie jest moja sypialnia. Pokój Diego również nie. Pomieszczenie, w którym się znajduję wygląda jak pokój nastolatki, a Violetta leżąca na mojej piersi utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy przechlapane. 
Szybko sięgam po komórkę, na której widnieje imię Diego. Wspaniale. Niestety nie zdążam odebrać. Postanawiam, jak najszybciej oddzwonić. Szatynka budzi się, kiedy próbuję ją odsunąć, aby podnieść się do pozycji siedzącej. Patrzy na mnie zdezorientowana, ale zanim zdążam coś powiedzieć, słyszymy pukanie do drzwi.
– Violetta, śpisz? – Znacie mojego pecha już doskonale, więc chyba nie muszę wspominać, że to głos Diego.
– Nie! – krzyczy szatynka i dopiero po chwili zdaje sobie sprawę z tego, że mogła udawać, że tak. Patrzy na mnie przerażona, kiedy jej brat próbuje otworzyć drzwi. – Co teraz? – pyta prawie bezgłośnie.
– Skąd ja mam wiedzieć?
– Już idę! – krzyczy do bruneta i wraca spojrzeniem do mnie. – Wejdź pod łóżku.
– Nie możesz kazać mu spadać?
– A co mam powiedzieć? "Przyjdź za godzinę, bo w tej chwili twój kumpel śpi w moim łóżku"?
Okej, wygrała. 
Wzdycham głośno i wchodzę pod łóżko (błagam, nikomu o tym nie mówcie), po czym słyszę jak Violetta podchodzi do drzwi i je otwiera.
– Widziałaś Leona?
– Ja? Czemu pytasz o to mnie? Skąd miałabym wiedzieć? – Jakby ktoś zapomniał, Violetta jest najgorszą aktorką na świecie.
– Szukam go od godziny, spytałem już wszystkich, ale nikt go nie widział. Cholera, jak zwiał, Francesca mnie zabije.
Słyszę dźwięk zamykanych drzwi, a po chwili czuję, że ktoś siada na łóżku – po stopach zgaduję, że to Diego. Czy ja mam mu wpieprzyć?
– Zaciągnąłeś go tutaj wbrew woli tylko dlatego, że Fran cię o to poprosiła? – Nie zwariowałem, Violetta też zauważyła, że z nim jest coś nie tak. 
Po chwili czuję, że ona również siada na łóżku, ale robi to zdecydowanie delikatniej. Obawiam się, że aż za delikatnie – gdyby jej brat miał jakieś szare komórki, zapewne zauważyłby, że zachowuje się dziwnie.
Na szczęście to Diego, więc nie ma czym się martwić.
Zatrzymajmy się tutaj na chwilę i spójrzmy na mnie. Mam dwadzieścia siedem lat, a leżę pod łóżkiem w pokoju nastolatki, ukrywając się przed bratem laski, z którą sypiałem.
– Mogę cię o coś spytać? – Właśnie zadałeś pytanie, idioto. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Leżenie tutaj jest strasznie nudne.
– Tak?
– Myślisz, że widać to, że... czuję coś do Fran?
– Czujesz coś do Francesci?! – Tak wyglądałaby moja reakcja, gdybym się nie powstrzymał. Kiedy wyjdę, muszę podziękować Violetcie za wykrzyczenie tego za mnie.
– Skoro ty tego nie zauważyłaś, to Leon też nie, prawda?
Nie, Leon nie zauważył, ale sam mu się właśnie wygadałeś, idioto.
Jestem najgorszym kumplem na świecie. Nie dość, że sypiam z jego siostrą, to jeszcze podobam się lasce, do której on coś czuje. Chyba zaczynam mieć wyrzuty sumienia.
Mam tego dość. Dlaczego za każdym razem, kiedy się ukrywam, muszę widzieć bądź słyszeć coś czego wolałbym uniknąć?
Rozmyślam nad tym, jak się stąd wydostać, zanim usłyszę więcej, kiedy zerkam w bok i zauważam zwisającą stopę szatynki. Miejmy nadzieję, że zrozumie aluzję.
Wyciągam rękę, po czym sięgam do jej stopy i dotykam podeszwy. 
Wiedzieliście, że ma potworne łaskotki? Ja też nie, dopóki nie zaczęła się chichrać jak potłuczona od samego dotyku.
– Wszystko w porządku? – pyta Diego zdezorientowany.
Wiem, że sam sobie szkodzę, ale nie mogę się powstrzymać – łaskoczę ją jeszcze bardziej, a ona śmieje się coraz głośniej.
– Musisz wyjść! – krzyczy szatynka, wciąż się śmiejąc.
– Co? Czemu?
– Muszę coś zrobić! Wynocha!
Śmiejąc się brzmi mało przekonująco, ale wystarczająco, żeby jej brat wstał i wyszedł. Kiedy tylko słyszę dźwięk zamykanych drzwi, wychodzę spod łóżka. Wstaję i patrzę na Castillo, która leży zgięta w pół na łóżku z łzami w oczach.
– Aż tak? – pytam, na co ona wzrusza tylko ramionami.
– To nie moja wina – oznajmia tylko, a ja po chwili również zaczynam się śmiać. Następnie pochylam się i ją całuję.

~*~

W końcu jakiś dłuższy rozdział :D. Miał być jeszcze jeden fragment, ale nie mam czasu, więc przeniosę go do next'a ;p. Przez brak czasu również nie będę się rozpisywać, więc oto najkrótsza notka w historii tego bloga ;D.
Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodobał i czekam na Wasze opinie ;**.

Do następnego! ;))

Quinn ;*

PS
Zajrzyjcie do zakładki Bohaterowie, bo jest tam Colton i postać, która pojawi się za kilka rozdziałów i będzie dość ważna ;p. 

sobota, 17 września 2016

21. ~ Narty


– Co on tu robi? – pytam szeptem, kiedy nasze spojrzenia do siebie wracają.
– A skąd ja mam to wiedzieć?
Nie, żebym miał coś do jej narzeczonego, ale... właściwie to mam. Poza tym nie bawię się w trójkąty, a przynajmniej nie w takie, w których jest jedna laska.
– Musisz się schować!– krzyczy szeptem.
– Violetta? – słyszymy zza drzwi.
– Już idę!
Patrzę na nią.
– Dlaczego to ja mam się chować?!
Unosi brew, a ja dopiero po tym geście zdaję sobie sprawę z tego, jak głupie pytanie zadałem. Właśnie zerwałem z laską zaraz przed tym, jak jej narzeczony postanowił przyjechać i przerwać nasz weekend. Nie codziennie mi się to zdarza – mam prawo być zdezorientowany.
Czy ja powiedziałem "zerwałem"? Nie, to głupie określenie. Nic nas nie łączyło. I nie będzie łączyć. Amen.
Wzdycham głośno, po czym rozglądam się po salonie, aby upewnić się, że nie ma tu niczego, co należy do mnie. Następnie wstaję i znikam w kuchni. W przejściu między pomieszczeniami znajduję się tylko łuk, dzięki czemu jestem w stanie słyszeć wszystko, co się tam dzieje i pozostać niezauważonym.
Nie pytajcie, czemu chcę ich słyszeć. Odczepcie się.
Słyszę kroki, a następnie dźwięk otwieranych drzwi.
– Colton! Co ty tu robisz?! – udaje zaskoczenie.
Oscar dla najlepszej aktorki idzie do... nie Violetty Castillo. Violetta jest piękna, mądra, zabawna, sympatyczna i wszelkie te inne bzdety, które mówimy Wam, kiedy chcemy się podlizać – niestety do dobrej aktorki jej daleko. Zaczynam myśleć, że już po mnie. Jej narzeczony musiałby być kompletnym kretynem, żeby nie wyczuć sztuczności w tej wypowiedzi.
– Pomyślałem, że zrobię ci niespodziankę i przyjadę po ciebie – słyszę w odpowiedzi.
Okej, przeceniłem gościa – myślałem, że ma mózg. Kto by się spodziewał.
Nic dziwnego, że Violetcie mimo braku talentu aktorskiego udało się ukrywać romans z kumplem jej brata.
Diego też jest aż takim kretynem czy po prostu nie gada z siostrą?
– Kompletnie się nie spodziewałam.
Myślicie, że jak walnę dłonią w swoje czoło to usłyszą?
Po chwili dostaję odpowiedź – jeśli ja słyszę, że się całują, to oni usłyszeliby, gdybym się uderzył. Swoją drogą – serio? Całują się? Kiedy ja jestem za ścianą? Czuję się ignorowany.
Czy to źle, że nie podoba mi się, że Violetta całuje swojego narzeczonego?
Jestem facetem – chyba wszystko w porządku. Nie?
– Gdzie Ludmiła? – słyszę po chwili.
– Ludmiła? – Po tym pokazie beznadziejnego aktorstwa, jaki nam zafundowała chwilę temu, przejąłbym się tym, że zaraz nas wyda. Ale jej narzeczony to kretyn. Nawet gdybym wyszedł i stanął przed nim w samych bokserkach, to nie skapnąłby się, że coś jest nie tak. – Ona... wyjechała. Pół godziny temu.
– To czyj jest samochód przed domem?
Mój.
– Eee... Ludmiły!
Geniusz.
– Zostawiła mi go, żebym miała czym wrócić do domu. Po nią przyjechał jej nowy chłopak.
– Nie chciałaś jechać z nimi?
Według jej historyjki, gdyby wyjechała "z nimi", pocałowałbyś klamkę, a nie Violettę, kretynie, więc naciesz się i spadaj zamiast zadawać głupie pytania.
– Nie – mówi, siląc się na lekki ton. – Chciałam... zostać do wieczora.
– Możemy zostać.
Jeszcze czego! Wynocha.
– Nie! – odpowiada szatynka natychmiast. – Powinniśmy wracać do domu – mówi pospiesznie, – Daj mi pięć minut, wezmę tylko swoje rzeczy.
Słyszę, jak zaczyna odchodzić, a potem kolejne kroki. Zbliżające się do kuchni.
– Co robisz? – pyta Castillo.
– Idę nalać sobie szklanki wody. Tu jest kuchnia, tak?
Nie!
– Nie! – zaprzecza. – To znaczy... Może iść usiąść na kanapie, a ja ci przyniosę wodę.
Dobrze, że nie wie, co na tej kanapie robiliśmy – ja bym na jego miejscu, nie chciał tam siadać.
Nie odpowiada, ale słyszę dźwięk oddalających się kroków, więc oddycham z ulgą. Po chwili Castillo wchodzi do kuchni. Spogląda na mnie bez słowa, po czym napełnia szklankę i wychodzi, nie obdarowując mnie już żadnym spojrzeniem.
Myślicie, że jest obrażona za to, co jej powiedziałem?
W ciągu zaledwie kilku minut szatynka jest spakowana i słyszę, jak wraca.
– Możemy jechać.
– Co z samochodem Ludmiły?
– Później się nim zajmie.
A potem wychodzi. Bez pożegnania, Nie, żebym tego oczekiwał, ale...
W sumie to oczekiwałem.

– Skąd wytrzasnąłeś ten breloczek? – takimi słowami wita mnie Diego, kiedy w środę dosiadam się do ich stolika w knajpie, w której pracuje Fran.
– Skąd wytrzasnąłeś te klucze? – dopowiada Federico.
Mówiłem, że ja i klucze się nie lubimy. Nic dziwnego więc, że moi przyjaciele tak zareagowali, gdy położyłem klucze z obciachowym breloczkiem-misiem na stole.
– Dostałem od... Teddy – odpowiadam.
– Nie ma jej tutaj, możesz zdjąć tego pluszaka – odpowiada Włoch. Nie wpadłbym na to sam, kretynie.
Nie odpowiadam.
Po chwili do naszego stolika podchodzi kelnerka i przyjmuje nasze zamówienia. Kiedy odchodzi dostrzegam Fran. Wołam ją, ale tylko spogląda na mnie i wraca do pracy.
A więc foch trwa.
– O co się obraziła? – pyta Diego.
– Obawiam się, że jest zazdrosna.
Gwałtownie unosi wzrok.
– O kogo?
– O mnie i... – Nie przemyślałem tego, okej? – sąsiadkę...
Federico nagle postanawia się włączyć do rozmowy.
– Sąsiadkę?
– Tak, Federico, sąsiadkę – mówię tonem, którym chcę mu przekazać, aby się zamknął. Dopiero wtedy zaczyna łapać.
– Aaaa, tę sąsiadkę.
Jeśli kiedykolwiek Diego się o czymś dowie, nie będzie to moja wina. Zakład, że wygada się mu albo najgorsza aktorka na świecie czyli Violetta, albo obrażalaska Francesca, albo idiota Federico.
Ale to pewnie mnie oberwie się najbardziej.
– Nadal nie wiem, o jaką sąsiadkę chodzi – zauważa Diego. – Ale musi w niej coś być skoro wciąż z nią kręcisz, więc nie będę wnikał.
– Już nie – odpowiadam.
Próbowałem dodzwonić się do Violetty po tym, jak wyjechała ze swoim – pożal się Boże – narzeczonym, ale nie odbierała. Sama też się nie odzywała, więc wywnioskowałem, że nie chcę mnie widzieć i, choć dziwnie się z tym czuję, postanowiłem, że daję sobie spokój na zawsze.
Żegnaj, Violetto Castillo.
– Od kiedy? – pyta Włoch.
– Skończyłem z nią w weekend.
– Bo? – interesuje się Diego.
Bo jest twoją pieprzoną siostrą.
Chociaż w sumie to nigdy nie stało na przeszkodzie.
– Bo to trwało za długo.

– Przyjeżdżasz do rodziców na Święta? – pyta Lara.
Jako, że Francesca jest na mnie obrażona, a z Violettą nie zamierzam się widywać tak mniej więcej do końca życia, postanowiłem wyciągnąć rękę do Lary. Zrobiłem to, zabierając je na sanki. Skończyło się jak zawsze – Teddy świetnie się bawi, a ja muszę siedzieć z Larą i najpierw ją przepraszać, a potem być przepytywanym.
Nie, żeby moje przeprosiny były szczere. Wciąż nie lubię Bena i wciąż będę robił wszystko, aby go oddalić zarówno od Teddy, jak i od Lary. Po prostu zmieniłem taktykę i teraz robię to w tajemnicy przed kuzynką.
– Wyjeżdżam z miasta – mówią, odmachując Teddy, która właśnie wdrapała się na szczyt pagórka.
Szatynka przewraca oczami.
– Praca? Znowu?
– Nie. Jadę z Diego na narty.
Wzdycha.
– Święta spędza się z rodziną.
– Postaram się przed wyjazdem odwiedzić cmentarz, ale jest zimno – nie każ mi tam siedzieć dłużej niż pół godziny.
Wiem, że nie bawią jej moje słowa, ale nie komentuje ich w żaden sposób.
– Spędzasz Święta z Benem? – pytam z czystej ciekawości. Jeśli odpowiedź będzie potwierdzająca, poważnie zastanowię się nad opcją zostania w mieście albo porwania Teddy na jej pierwsze w życiu narty.
– Nie – odpowiada bez zawahania. – Właściwie to chciałam z tobą o nim porozmawiać.
Proszę, powiedz, że z nim zerwałaś. 
Proszę, powiedz, że z nim zerwałaś. 
Proszę, powiedz, że z nim zerwałaś. 
– Teddy ostatnio dziwnie w stosunku się do niego zachowuje. Jest niemiła i ciągle powtarza, że go nie lubi.
Nie są to słowa, których oczekiwałem, ale nie odbierajmy Teddy chwili chwały. Jestem z niej dumny, Wy też powinnyście.
– Chciałabym, żebyś z nią o tym porozmawiał. Może ciebie posłucha.
Wzruszam ramionami.
– Jasne.
– Naprawdę?
Oczywiście, że z nią porozmawiam. Przecież ktoś musi ją pochwalić i zmotywować do dalszego działania.
Uśmiecham się.
– Tak.
Odwzajemnia mój uśmiech.
– Dziękuję – mówi, po czym mnie przytula.
Żeby z Francescą też było tak łatwo.

– Ile jeszcze? – pytam, nie otwierając oczu.
– Prawie na miejscu.
Wzdycham głośno.
– Nareszcie.
– Od trzech godzin masz zamknięte oczy, nie mógłbyś w końcu zasnąć i zamilknąć?
– Nie umiem spać w samochodzie.
– Jesteś najgorszym pasażerem z jakim w życiu jechałem.
– Było dać mi kierować.
Uwielbiam jeździć autem – wtedy, kiedy ja kieruję. Kocham lecieć samolotem – wtedy, kiedy siedzę w kokpicie i wszystkim steruję. Nienawidzę obu tych czynności, kiedy muszę siedzieć i oddać stery komu innemu.
Nie byłoby tego problemu, gdyby Diego nie uparł się, że to on będzie kierował. Właściwie to nawet nie wiem, gdzie jedziemy. Chociaż w sumie mam to gdzieś – chcę po prostu wysiąść z tego cholernego samochodu.
Nagle czuję, że samochód zwalnia, po czym skręca i całkowicie się zatrzymuje.
– Jesteśmy na miejscu – informuje mnie Diego.
Gwałtownie otwieram oczy, ale widzę tylko jakiś dom.
– Gdzie hotel? – pytam zdezorientowany.
– Tutaj – oznajmia brunet, po czym wysiada z samochodu. Robię to samo i idę za nim na ganek. Jak dla mnie to wygląda jak mały dom na przedmieściach, a nie hotel. Gdzie on mnie wywiózł?
Kładzie dłoń na klamce, ale kiedy okazuje się, że są zamknięte na klucz, puka w nie.
– Diego, jeśli nie masz kasy na prawdziwy hotel mogę za ciebie zapłacić, ale nie każ mi zatrzymywać się tutaj. Kimkolwiek są właściciele tego miejsca – boję się ich.
Już mam zapytać o jego rozbawiony wyraz twarzy, kiedy drzwi się otwierają, a mnie ukazuje się... Kto, do cholery?!
Po wyrazie twarzy Violetty, wnioskuję, że ja również jestem ostatnią osobą, którą spodziewała się zobaczyć.
– Co ty tu robisz? – pytamy jednocześnie, a Diego już nawet nie próbuje ukryć zadowolenia.
– Niespodzianka – oznajmia. Właściwie nie wiem, do kogo kieruje te słowa. Nie ogarniam nawet, co się tu, do cholery, dzieje.
W tej chwili chcę tylko wrócić do cholernego samochodu.

~*~

Nareszcie! W życiu tyle nie pisałam rozdziału. Przysięgam, że zaczęłam go pisać w jakimś b, krótkim odstępie czasowym od dodania poprzedniego. Po prostu miałam blokadę i nie byłam w stanie pisać niczego, naprawdę.
W każdym razie chyba mi w końcu przeszło i wracam do żywych ;D.
Przepraszam, że tak nudno, ale musiał być taki rozdział, który będzie jakby wstępem do ciekawszych wydarzeń ;). Dlatego też jest tu dużo przeskoków czasowych.
Postaram się jeszcze coś dodać na NSR, ale nie obiecuję. Jak nie jutro to za tydzień ;p.
Pewnie dodałabym ten rozdział już wczoraj i miała więcej czasu na NSR, ale popołudnie i wieczór spędziłam w szpitalu, a jak wróciłam byłam tak zmęczona, że dałam sobie spokój ;/.
Mam nadzieję, że jeszcze nie uciekliście i czekam na Wasze opinie ;*.

Do następnego! ;)

Quinn ;*